Stołeczny Klub Tatrzański

przy Oddziale PTTK MARYMONT
00-075 Warszawa, ul. Senatorska 11

 

Warszawa, 2 sierpnia 2026 r.

 

     „Stara Robota” na przestrzeni dziejów

Michał Szurek


Tekst dedykuję Alinie Wrońskiej z okazji Jej setnych urodzin
– pięknego i nieczęsto spotykanego jubileuszu. Kłaniamy się Tobie, Alu!



Od 2003 roku w Stołecznym Klubie Tatrzańskim PTTK istnieje swego rodzaju „kabaret turystyczny” – „Stara Robota”. Bywalcom Tatr nie trzeba przypominać, gdzie jest dolina Starej Roboty, czyli Starorobociańska. A w tekście jest trochę wspomnień, trochę refleksji i impresji o zespole. Zbierałem je z myślą i Koleżankach i Kolegach z Klubu. Tekst nie tyle dubluje, co uzupełnia informacje o nas zawarte w dwóch tomach książek o SKT: „Punkty na mapie” i „Ścieżki na zboczach”. Inne informacje o „Starej Robocie”, teksty i nagrania piosenek można znaleźć w Internecie (linki na końcu tego tekstu) albo wpisać w YouTube „Stara Robota” – coś się wtedy pokaże, najpewniej fragment naszego występu.

  1. Łatwe początki

Skąd się wzięła „Stara Robota”, czyli „Swobodne Towarzystwo Śpiewacze Stołecznego Klubu Tatrzańskiego”?

W końcu sierpnia 1963 roku leżałem sobie na trawie nad Starorobociańską Przełęczą, po trasie z Chochołowskiej (z dojazdem z Zakopanego), granią od Wołowca. Kończyły się moje bardzo długie wakacje pod Tatrami. Kondycja znakomita. Pewnie wydzielały mi się jakieś endorfiny. Byłem zafascynowany środowiskiem taternickim. Wspinaczka była wtedy sportem elitarnym, dla intelektualistów, a w Murowańcu, Betlejemce, u Bustryckich, w Pięciu Stawach i przy Morskim Oku śpiewano z zapałem – między innymi ludowe piosenki słowackie. Wyznacznikami przynależności do tej grupy były dobre buty (wtedy trudno dostępne), charakterystyczny plecak (typu „waciak” – od nazwiska producenta, Franciszka Waciaka, albo słowacka horolezka) i znajomość takich przebojów jak „To ta Heľpa”, „A tam koło Lewoczy”, czy „Dunaj, Dunaj, ty szerokie pole”. Piosenki te zbierał i popularyzował między innymi Maciej Popko. No i wtedy, a więc 60 lat temu, pomyślałem sobie, że warto by stworzyć własne piosenki, o własnych przeżyciach. Z młodzieńczym patosem: żeby mieć jakiś cel chodzenia po górach. „Sprawdzić samego siebie” – to popularne wyjaśnienie nigdy mnie nie przekonywało. Pomyślałem sobie: żeby pisać o tym jak było, o czym myślałem. Jak wiadomo, nie jestem w tym oryginalny. Takich książek są setki.

Po godzinie schodziłem już granią Ornaku, układając przyszłe wspomnienia. Ale już po dojściu do Kir zapomniałem o tym na 39 i pół roku. Dopiero, gdy widać było, że planowana na 2003 rok jubileuszowa książka Klubowa nie powstanie, ten pomysł wypłynął mi z zakamarków pamięci. Pewnej soboty usiadłem i napisałem kilka piosenek. To prawda, pomogło mi w tym łagodne wino słowackie „Červené kláštorné”. Na wszelki wypadek odłożyłem teksty do poniedziałku, zrobiłem wiele poprawek i dopiero wtedy pokazałem.

I oto pewnego lutowego popołudnia 2003 roku pięcioro członków Stołecznego Klubu Tatrzańskiego usiadło do pierwszej próby występu na 50-lecie SKT. Byli to: Barbara Kaczarowska, Elżbieta Wojnowska, Irena Kozłowska, Marcin Kuczma i Tadeusz Guranowski. Występ 23 kwietnia został entuzjastycznie przyjęty przez uczestników obchodów rocznicy. Złożyło się na to kilka powodów. Występ był w Domu Polonii na Krakowskim Przedmieściu i poprzedzony był najpierw częścią oficjalną w siedzibie Klubu na Senatorskiej, a potem piknikiem na tyłach tego Domu. Grill, kiełbaski, szaszłyki, piwo. Członkowie zespołu obawiali się, że może nie wystarczy dla nich piwa, bo przed występem powstrzymywali się. Innym powodem sukcesu było pewne zaskoczenie.

Cofnę się pamięcią do lat 1965-1970, kiedy z grupą przyjaciół ze studiów jeździłem na różnego rodzaju rajdy, głównie w Bieszczady i Beskid Niski. Gitara była obowiązkowym sprzętem. Wieczorami śpiewaliśmy przy ognisku znane piosenki turystyczne. Były one zawsze „o czymś”: o górach, przyrodzie, uczuciach i zawsze były „do słuchania”. Coś chciały przekazać, choć trzeba przyznać, że często było to bardzo nieudolne, egzaltowane i nawet na granicy grafomanii. Jednak piosenka śpiewana przy górskim ognisku brzmi zupełnie inaczej niż słuchana w domu, w telewizorze, po sutej kolacji. Można powiedzieć, że cały nasz turystyczny dzień był tylko niezbędnym podkładem do tej godziny, wieczorem, przy prawdziwym ognisku – „prawdziwym”, bo na nim wszystko gotowaliśmy. Te wieczory były kolejnym podkładem pod „Starą Robotę”. Czy da się to wszystko opisać, zachować, przekazać?

Grupa nazywała się „Bieniaszki”. Nie pamiętam, kto wymyślił. Pamiętam ostatni nasz rajd. Nie wiedzieliśmy, choć przeczuwaliśmy, że może być ostatni, bo wchodziliśmy w zakręt życia. Różnie potoczyły się losy przyjaciół tej naszej grupy. Skojarzyły się dwa małżeństwa – i różnie w nich bywało. Niektórym los sypał kwiaty pod nogi, innym wyrządził dużo krzywd. Wiele lat później napisałem na wspomnienie ostatniego wieczoru ostatniego rajdu taką piosenkę, którą po latach bardzo polubiła Alina Wrońska:


Prześpiewane piosenki

Na rozstanie już czas.

Jeszcze szukam twej ręki,

Jeszcze szumi nam las.

Wiatr świerkami kołysze

I upaja jak rum.

Kiedy jeszcze usłyszę

Najpiękniejszy ten szum?

Prześpiewane ballady,

W ogień wzbijasz swój wzrok.

Mówisz, że nie ma rady,

Że wrócimy za rok.


Szemrze strumyk na hali

I ognisko się tli.

Szczyty stoją w oddali,

Nasza góra już śpi.

Prześpiewane refreny,

Żal nam będzie stąd iść.

Wszystko, co dziś powiemy,

Jutro będzie, jak liść.

Ale chwile wracają.

Powiesz mi wiele słów.

Przecież góry czekają.

Z tobą będę tu znów.



  1. W schronisku, przy ognisku, na wodzie, w ogrodzie

Jak wszyscy wiemy, w środowisku turystycznym zawsze chętnie się śpiewało: wieczorem przy ognisku, po wspinaczkowym dniu w schronisku albo w dżdżyste i nieprzyjemne popołudnie. W Stołecznym Klubie Tatrzańskim też przez wiele lat zbieraliśmy się na „śpiewatki” (określenie Eli Wojnowskiej). Wtedy modny był w Polsce Bułat Okudżawa, Włodzimierz Wysocki, no i wspomniane już ludowe piosenki słowackie. Ale było to stale to samo, powtarzalne, nierzadko z niezbyt wyrafinowanym tekstem. A na naszym występie, tym na 50-lecie Klubu, okazało się, że można inaczej, że można wyjść z czymś własnym, charakterystycznym dla Klubu właśnie. Po prostu – o nas. I to chwyciło. Na ponad dwadzieścia lat.

Tu dygresja. Do tej pory w środowisku seniorów pamiętane są „piosenki tamtych lat” – owe słowackie „ľudovki” : Heľpa, u Dunaju širokeho, czyje są te konie, ešte tom sa neożenil. A także morawskie. W 2006 roku jechaliśmy samochodem w Małej Fatrze: Basia Kaczarowska, Elżbieta Król „Puchatek”, Rysio Orliński i ja. Podwoziliśmy młodego turystę – tubylca. Po krótkiej rozmowie wyjaśnił „Nejsem Čech, nejsem Slovak, jsem Moravan, z Hodonina, ale pewnie nie wiecie, gdzie to jest”. Na to my spontanicznie zaśpiewaliśmy: V Hodoníně za vojačka ma vzali, moje vľasy na kratečko střiháli”.

Dygresja do dygresji. Z dużym zdziwieniem i nawet żalem zobaczyłem, że współczesna „młodzież” taternicka i alpinistyczna (50-latkowie i młodsi) zupełnie tych piosenek nie zna. Można nawet powiedzieć, że „wygłupiłem się” na prelekcji w PKG, kiedy zaproponowałem, żebyśmy razem zaśpiewali, że koło Lewoczy toczy się woda, której picie przynosi tylko szkody, bo lepszym lekarstwem jest wino. A ilu jest „śwarnych chłopców” w Helpie? Co zrobię, gdy moja miła wydaje się za mąż?

Aha – nazwą zespołu nie była wtedy (w 2003) „Stara Robota” a „Baranie Rogi”. To ja zaproponowałem taką nazwę. „Będzie czytelną aluzją do naszej turystyki i trochę też do naszego śpiewania” – tak sobie pomyślałem. „Bo przecież każdy wie, gdzie są Baranie Rogi i co drugi członek SKT na nich był!”. Propozycja Basi Kaczarowskiej, żeby była to „Stara Robota”, nie przeszła. Nie udało się nam wtedy wystąpić powtórnie. Zespół rozpadł się, również z powodu kilkuletniego wyjazdu Tadeusza do Arabii Saudyjskiej. Ale poza tym najwyraźniej „jakoś nie było woli”. Dopiero jesienią 2008 roku skrzyknęliśmy się na nowo. Dołączyli: Alina Wrońska, Ewa Chałasińska, Krystyna Dolebska, Krzysztof Romanowski, Krzysztof Tomaszewski i nasza znakomita skrzypaczka Marysia Grochowalska, a wkrótce potem Krystyna Krasińska, Wojtek Wojtyński i Marek Fijałkowski. Zespół rozrósł się, może nawet ponad miarę. Niektórzy koledzy wycofali się. Zmarli Ela Wojnowska i Krzysztof Tomaszewski. Chyba w 2015 roku pozyskaliśmy Włodka Tymowskiego, Irenę Byszewską, Katarzynę Kozłowską („rany boskie, dwie Kozłowskie!”) i Macieja Kostrzębskiego (którego zwaliśmy naszym skrzypkiem na dachu). Jednorazowo wystąpili też Piotr Lutyk i Tomasz Traczyk. W „castingu” odpadł Marek Gilewicz, choć gitarę opanowaną miał na poziomie profesjonalnym. I on, i jego żona (Marysia Żuk), oczekiwali jednak piosenek innej treści.



  1. Zamiast fotografii

Koleżanki i Koledzy, kochani Starorobotnicy. Poświęcę po kilka zdań każdemu i każdej z Was. Nie piszę „wspomnień”, bo to sugeruje jakiś czas przeszły. Na pewno nie będę obiektywny – bo i co to znaczy w stosunkach międzyludzkich? Jest chemia albo jej nie ma. U nas była i wciąż jest, prawda?

O właśnie, co do chemii. Zacznę od Aliny Wrońskiej. Jeszcze 15 lat temu przeszliśmy się z Kasprowego w stronę Czerwonych Wierchów. Jeszcze w tym roku Alina spędziła miesiąc we Francji, rankiem pływając w morzu, po południu „zabierali mnie w góry”. Wspomnę jeszcze, że gdy miała 80 lat, przepłynęła jezioro Mauda na Suwalszczyźnie (około 400 metrów).

A z chemią ma to ten związek, że Staszek Wroński był chemikiem. Wspinali się trochę, nawet razem. U nas: Alina miała wyczucie melodii, głos może za cichy do solówek, ale dobrze wychodziła jej współpraca drugim głosem. Imponowało, że chce z nami być jak najdłużej. Jedną z jej ulubionych piosenek była przytoczona wyżej „Prześpiewane piosenki”.

Andrzej Szajewski, prezes SKT w latach 2012-2016. Nie był członkiem zespołu „Starej Roboty”, ale po pierwsze bardzo nas popierał, zachęcał i lansował w środowisku PTTK-owskim, a po drugie (co ważniejsze) filmował prawie wszystkie nasze występy i właśnie dzięki niemu jesteśmy na płytach DVD i na YouTube w sieci. Mawiał o nas: „nasz zespół flagowy”.

Basia Kaczarowska, „nasza Basia kochana”. Polonistka, obdarzona doskonałą pamięcią i głosem stworzonym do konferansjerki. Nie tylko – pamiętamy jej charakterystyczne, niedoścignione (choć przecież amatorskie) wykonania takich piosenek jak „Ruda”, „Na tym stoku pod Nosalem”, czy „Stukilowy towarzysz na szlaku”. Tu dygresja: większość tekstów piosenek „Starej Roboty” mojego autorstwa nawiązywała do jakiejś autentycznej historii z wycieczek. Tak było i z tymi trzema piosenkami. Co do „Rudej”, to byłem kiedyś świadkiem podobnej kłótni na taborisku przy Morskim Oku. Historia o facecie, który władował swojej towarzyszce na plecy najcięższe swoje rzeczy jest wspomnieniem pewnego Włodka (nie, nie Tymowskiego!!!), który miał skłonności do takiego właśnie ułatwiania sobie wędrówki. No, a piosenka o zaletach turysty z nadwagą to po prostu wspomnienie z mojego wspólnego wyjazdu z Basią w Tatry Słowackie.

Elżbieta Jaworska – Koleżanka Wiceprezes, p.o. Prezes, Prezes, Wiceprezes – któżby zliczył kadencje i wyliczył jej zasługi? To nie temat na tutaj. Ela motywowała nas i zachęcała do kolejnych występów. Bez niej Klub by się rozpadł.

Elżbieta Wojnowska – muzykolożka. Jej wykształcenie muzyczne i zaangażowanie pozwoliło zespołowi stworzyć własny styl i charakter. Sama bardzo chętnie i dużo śpiewała, z własnym akompaniamentem. Niestety, odnowiona choroba nowotworowa zabrała ją, zanim jeszcze „Stara Robota” zdołała wejść na szczyt powodzenia w środowisku. Elżbieta była „ciekawym przypadkiem” – nie znała gór z młodości, a polubiła je. Do Klubu trafiła przez muzykę. Otóż do 1974 roku na ósmym piętrze Pałacu Kultury Wydział Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego koegzystował z częścią Wydziału Matematyki. Matematycy chętnie chodzili po górach, a i śpiewać lubili. Reszty można się domyślić. Opowiadała potem z humorem, jak Piotr Misiurewicz uczył ją chodzenia w łatwym terenie skalnym. Swoim charakterystycznym głosem mawiał: „Ty Wojnowska, ty chodź jak homo sapiens – na dwóch nogach!”. Byłem z Elą na jej ostatniej wycieczce; w deszczu – za kilka dni mieliśmy wracać do Warszawy. W towarzystwie jeszcze Basi wybraliśmy się na spacer z Kościeliska na Halę Ornak. Lało. Dalej już nie było sensu. Basia wróciła, ale ja i Ela zaliczyliśmy jeszcze Staw Smreczyński. Akurat przestało padać na kilkanaście minut. Ela powiedziała: „a może napiszesz coś o Stawie Smreczyńskim?”. Tak na pożegnanie tego sezonu. Nim doszliśmy do Pisanej, miałem już tekst w głowie. Ale nie powstała z tego piosenka, tylko wiersz. Jest on niżej. Wszyscy mówimy: Elu, bardzo nam Ciebie brak!

Ewa Chałasińska – też obdarzona świetnym wyczuciem muzyki i rytmu, a także tekstu. Bardzo przydatna była jej krytyka – najczęściej zresztą pozytywna, a zawsze konkretna. Tu trzeba powiedzieć, że członkowie zespołu mieli różne gusty i bywało, że pewne piosenki miały skrajne opinie. Kłótnie o to między nami nigdy nie były ostre i chętnie przystawaliśmy na kompromis, w imię wyższych celów. Wszyscy zrozumieli aluzję? A tak na marginesie, to szkoda, Ewo, że miałaś mocne postanowienie, żeby nie śpiewać solówek.

Irena Byszewska, „Matyldą zwana” – chodziło o odróżnienie jej od drugiej Ireny, o której niżej. Rany Julek – jej temperament dorównywał sumie temperamentów wszystkich pozostałych członków zespołu. Przydawało się to bardzo, gdy chodziło o sprawy organizacyjne, bo ktoś musiał dyscyplinować zespół, bo piszący te słowa nie miał do tego stosownego charakteru – a reszta zespołu to byli Artyści. Irena bardzo angażowała się w prace zespołu. Zdziwiłem się nieco, gdy okazało się, że jest tak nieśmiała, że nie potrafi poprosić mnie o napisanie dla niej jakiejś piosenki. Odpowiedziałem, że dla pięknych pań jestem zawsze do usług i kilka piosenek powstało („Amory pod jaworem”). Niestety, sprawy rodzinne w ostatnich latach ograniczały jej zaangażowanie.

Irena Kozłowska – „człowiek-legenda”, spoiwo SKT. Tu krótko o niej, bo chcę się mniej więcej trzymać „Starej Roboty”, a o Irenie można by napisać pracę doktorską, a co najmniej rozdział w encyklopedii, chociaż przecież spektakularnych osiągnięć nie miała. Nie była nawet na Mount Evereście, gdzie teraz trzeba ustawiać się w kolejce, jak w PRL po żółty ser. Była turystką i taterniczką, określmy to: „nieekstremalną”. Z nią chodziło mi się zawsze dobrze po Tatrach. Niezapomniany Gierlach we mgle 1970… pogoda była ładna, ale po graniach chodziły „mraki” – suche mgły. Trudno było znaleźć drogę. Zgubiliśmy ją na podejściu, ale na grani jakoś się udało. O zmierzchu moczyliśmy nogi w Batyżowieckim Stawie. Irena miała kształcony głos, doświadczenie zarówno muzyczne, jak i górskie. W repertuarze miała dużo piosenek rosyjskich, również alpinistycznych – z czym do połowy lat „dziesiątych” obecnego stulecia można się było wychylać. Dzisiaj nie mamy ochoty używać języka agresora.

Katarzyna Kozłowska („rany boskie, dwie Kozłowskie”) – była wyjątkowa pod różnymi względami. Po pierwsze: znacznie zaniżała nam średnią wieku. Po drugie: nie chciała śpiewać solówek, choć (dziękujemy) dała się namówić kilka razy i było to, że tak powiem, zdecydowanie nadzwyczaj bardzo świetne!!! Ograniczała się do gitary i śpiewu w chórku. Bylibyśmy dla niej dobrym zespołem, gdybyśmy byli młodsi i do tego roztańczeni. Tylko raz udało jej się zatańczyć walca z Tadeuszem. Miała bardzo stresującą pracę, mieszkała daleko od miejsc, gdzie spotykaliśmy się i nieraz miała do nas jak najbardziej słuszne pretensje, że odwołujemy spotkania w przedostatniej chwili. Muszę tu napisać, że umawianie się stawało się coraz trudniejsze w ostatnich latach. Znów działał ten niedobry, złośliwy Pesel, a kilka „podprzyczyn” to: wizyty lekarskie, złe samopoczucie, bardzo starzy rodzice, ale i niespodziewane wyjazdy… i tak dalej.

Krystyna Dolebska – dobrze wychodziły jej nastrojowe piosenki górskie. Miała doskonałe ich wyczucie (może z racji przeszłości taternickiej), a niski głos znakomicie to podkreślał. Akompaniowała sobie sama na gitarze. Niestety, i ona od około 2015 roku powoli wycofywała się. Mieszkała pod Otwockiem i dojazdy na wieczorne próby były dla niej coraz trudniejsze. Często odwoziłem ją po próbie albo po występie – i do domu wracałem po północy. Bardzo lubiłem jej wykonanie piosenek o Cieśniawach w Juraniowej, o wycieczce ze Zwierówki przez Rakoń, Grześ i dolinę Łataną, a poza tym „Deszcz nam ochładza letnią noc” i „Pięknie, fajnie i pięknie”. Ta piosenka jest pod melodię Nohavicy o tym, jak to będzie „fajnie i pięknie”, kiedy on sobie już umrze. Żachnąłem się na sugestię Ewy, żebym napisał inny tekst do tej melodii, „nie będę pisał o tym, jak to dobrze, kiedy sobie ktoś umrze!”. Ale potem pomyślałem, że są inne powody do radości. Piosenka się udała. Można ją nazwać liryczną, a można „przesłodzoną”. Rzecz gustu. Krystyna miała świetną pamięć do tekstów piosenek. Nie potrzebowała ściągawki. Inni – oj, różnie z tym bywało. Nawet niżej podpisany mylił się, gdy recytował własne wiersze.

Krystyna Krasińska – obdarzona autentyczną vis comica. Jej wykonaniom dodawały uroku wcale liczne „wpadki”, z których prawie zawsze potrafiła wdzięcznie wybrnąć tak, że tylko zespół zauważał, że coś jest inaczej, niż miało być. Dobierała sobie zawsze charakterystyczne stroje, a raczej tylko akcenty (chusta, opaska, wachlarz, pióra). Świetna była w swojej własnej przeróbce arii z Carmen („Mówiłam ci, że rację mam…), gdzie zamiast „amour, amour” pojawia się „na mur, na mur” – chodzi o to, że mąż, który nie słucha jej rad, na pewno źle skończy. Ja osobiście podziwiam też jej wykonanie piosenki „Krupówki, ach, Krupówki”. Wspomniałem już, że wiele moich tekstów powstało z moich szczerych myśli i drobnych faktów. Otóż spędzałem kilka letnich tygodni w Kościelisku i autentycznie ciągnęło mnie wtedy do tych zatłoczonych Krupówek, a Krysia umiała to ładnie przekazać. Jak również i to, po co chodziła w góry – w innej piosence, śpiewanej z Włodkiem (p. niżej). Chcę ją wyróżnić za to, że przełamała mój monopol na pisanie tekstów i napisała kilka własnych, udanych – w tym wspomniane „Mówiłam ci, że rację mam”, a także „górską” podkładkę pod arię z „Madame Butterfly”. Bardzo miło było na Ciebie patrzeć, Krysiu.

Krystyna Stańczak-Pałyga – w początkach istnienia „Starej Roboty” próbowała nas dyscyplinować, potem dała za wygraną. Zwracała dużą uwagę na dykcję i ogólniej, na ekspresję. Miała doświadczenie – od lat kieruje własnym chórem „Iubilus”. Sama jest ekspresyjna, energiczna i zdecydowana, a niektórzy członkowie zespołu nie byli chętni, by się jej podporządkować. Trudno jest kierować zespołem „z doskoku”. W roli opiekunki muzycznej sprawdzała się natomiast Elżbieta Wojnowska.

Krzysztof Romanowski – bardzo ładny głos, zdolności aktorskie. Wraz z drugim Krzysztofem tworzyli niezapomniany duet „K2”. Pamiętacie ich „kuplety łojantów”? Szkoda, że porzucił nas i przeszedł do bardziej profesjonalnego chóru Krystyny S.-P.

Krzysztof Tomaszewski, „Bończa”. Miał duże doświadczenie taternickie i w piosenkach odnajdywał sam siebie. Wspomniałem już o duecie „K2”. Z Elą Wojnowską wykonywał „bardzo damsko-męską” piosenkę turystyczną. Pamiętam opowieści o nim mojego starszego brata, Adama: „Bończa zawsze się wzruszał”. Pamiętam słowa Krzysztofa na występie w roku 2009: „życzymy wam choćby połowy tych wzruszeń, jakie my mieliśmy, przygotowując ten program”. Zmarł w 2010 roku (rak trzustki). Miał jeszcze wiele do powiedzenia.

Maciej Kostrzębski – nasz „skrzypek na dachu”. Nie był zawodowym muzykiem, ale grał na tyle dobrze, że przez lata był członkiem orkiestry, towarzyszącej chórowi Politechniki Warszawskiej. Przez pewien czas mieliśmy z tego powodu kłopoty – Maciek grał „forte”, głośno, jak najgłośniej, i zagłuszał nasze kameralne występy. Po pewnym czasie sytuacja uległa poprawie i z Marysią Grochowalską tworzyli piękny duet. Ale na wszelki wypadek siedział zawsze z boku, na końcu rozciągniętego zespołu. Chciał zaśpiewać samodzielnie jakąś piosenkę. Poczyniliśmy wstępne próby… i okazało się, że Maciek nie żyje.

Marcin Kuczma – uprawiał samodzielną turystykę tatrzańską, a także i wspinaczkę. Pół wieku temu Tatry nie były tak zatłoczone jak dzisiaj i turystyka pozaszlakowa (choć zabroniona) była tolerowana, zwłaszcza po stronie słowackiej, i to było coś dla Marcina. Z naszego podwórka: miał opanowaną gitarę, bogaty repertuar piosenek turystycznych i znał się na muzyce. Nie miał donośnego głosu, co ograniczało jego możliwości „estradowe”. Porzucił zespół dość wcześnie (2009).

Marek Fijałkowski – himalaista, brał udział w wyprawach Andrzeja Zawady. Wystąpił dwa albo trzy razy z nami w 2009 i 2010 roku. Podobało mu się.

Marek Gilewicz – zwany „generałem”. Istotnie, był wysokim oficerem LWP (może majorem, może nawet pułkownikiem). Miał zresztą taki „wojskowy” wygląd. Swego czasu dobrze się wspinał. Gitary używał nie tylko do akompaniamentu. Grał na niej profesjonalnie, jak artysta. Nie wystąpił z nami ani razu, a wspominam go z tej racji, że namawialiśmy go i jego żonę, aby dołączyli. Ale chcieli mieć własny repertuar.

Marysia Grochowalska – znakomita, zawodowa skrzypaczka (grała w Teatrze Wielkim). Pięknie ubarwiała każdą naszą piosenkę. Też z biegiem lat odstawała od nas, poświęcając się grze we własnym zespole kameralnym (w którym między innymi jej syn grał na kontrabasie). Byłem z nią na kilku wycieczkach tatrzańskich. Była bardzo miła, koleżeńska. Trochę roztargniona. Przy jednym ze stawów Rohackich zostawiła telefon i goniła nas pod górę młoda Słowaczka. Z rozmowy z nią wiem, że telefon komórkowy to po słowacku „mobilka”, a „nie ma za co” to „za malo” (czyli, że to za mało na serdeczne podziękowania). O świetnym akompaniamencie Marysi wspominam w kilku innych miejscach tego tekstu.

Piotr Lutyk – znany większości Koleżanek i Kolegów z SKT. Trochę się wspinał (zimowe wejście na Gierlach, trasy w Pięciu Stawach i nad Morskim Okiem). Zawarłem z nim znajomość w ciekawych okolicznościach. Był rok 1968, jeszcze lipiec (przypominam wszystkim, że w sierpniu najechaliśmy Czechosłowację). Piotr jeździł od lat ze swoją mamą w Tatry, głównie do schroniska na Hali Ornak (układy z ówczesnym kierownikiem). Któregoś roku mama zachorowała, krótko przez wyjazdem. Piotr (i jego kolega Andrzej) byli wtedy jeszcze niepełnoletni i mama poszukiwała kogoś, hm, odpowiedzialnego i znającego góry. Znalazła mnie…i spędziliśmy z Piotrem i Andrzejem niezapomniane trzy tygodnie na Hali Ornak, buszując po górnych piętrach Kościeliskiej, gdzie się dało (a potem kilkanaście dni w Betlejemce). Czasy były inne – rezerwat na Pysznej już istniał, ale kierownik schroniska mówił do nas: „nic się nie stanie, kiedy trzy osoby przejdą się tamtędy na Siwą, powiem strażnikom, żeby was nie ruszali, tylko nie afiszujcie się zanadto pod samą przełęczą, żeby nie drażnić innych turystów”. Chodziliśmy sobie wszędzie, czując przyzwolenie. Zacytuję: „Z Piotrem L. chodziliśmy po Cielęcych Tańcach; jeszcze dzisiaj bolą kości po tamtych łamańcach”. Wpadliśmy tylko w szpony strażnika TPN w Chochołowskiej, na grani między Bobrowcem a Parzątczakiem. Ale wracając do „Starej Roboty” – przeznaczyłem dla Piotra piosenkę o zabłąkanym turyście, który znalazł się na Polanie pod Wysoką i chciał stamtąd dojść do Morskiego Oka „na przełaj”. Niestety, Piotr zafałszował niemiłosiernie, co nie zmniejszyło mojej sympatii do niego. Ale do „Starej Roboty” nie wrócił.

Tadeusz Guranowski – no cóż, nasz filar, od pamiętnego pierwszego występu 23 kwietnia 2003 roku. Gitara, śpiewanie. Był amatorem, bez formalnego wykształcenia muzycznego, ale znakomicie dobierał akordy i… rozróżniał tonacje, a ta umiejętność nie była powszechna w zespole. W ostatnich latach bez niego nic by się nie udało – a w każdym razie nic by nie wyszło z naszej klasycznej „śpiewogry”. Muszę tu powiedzieć, że przed „Starą Robotą” w SKT były precedensy: w latach osiemdziesiątych Basia Kaczarowska i Kacper Miklaszewski odgrywali scenki ze starych przewodników („Do Tatrów fraka się nie wozi, ani sukni balowej”), a w 1997 roku Basia i niżej podpisany zaprezentowali dwukrotnie seans poezji tatrzańskiej. Wracając jednak do Tadeusza, zaganiał nas zawsze do „ruchu scenicznego”, co wychodziło nam, powiedzmy, na trzy z plusem. Tadeusz umiał dobrać interpretację do naszych charakterystycznych piosenek, wspomnijmy „Buty”, „Piosenkę ortopedyczną”, „Moje życiowe pasje”. W ostatnich latach był eksploatowany przez nas bardzo mocno. Wychodził z próby z bólem palców.

Na występie w 2003 roku Tadeusz zaśpiewał pierwszą moją piosenkę napisaną dla „Starej Roboty”. Zaczynała się słowami „Marzyła mi się już dolina…” i była podłożona pod melodię Wojciecha Młynarskiego „Marzyła mi się ta dziewczyna…”, jak mówił sam Młynarski, taka melodia „bossanovowata”. Ale dla mnie było to wspomnienie kilku wejść na Granaty. Każde było charakterystyczne, emocjonalne – ale nie z powodu trudności. Wspomnę tylko słowa tej piosenki: „migotał Czarny Staw prześlicznie”. Istotnie, docenia się widok z Granatów, gdy wejdzie się tam aż z Zakopanego, w miłej kompanii.

Tadeusz wpasował się ładnie wiele razy właśnie w te moje teksty, które najbardziej lubiłem. Sam mówił, że szczególny sentyment ma do tekstu „o swoich życiowych pasjach”. Wczuwał się w piosenki związane, że tak powiem, ze swoim zawodem fizjoterapeuty („Ortopedyczna”, „Taternik w Ciechocinku”), a szczególnie świetny był w piosenkach komicznych („Buty”, „W Jaworzynce słonko dziś”, „Wejdą, nie wejdą”, „Piwo”, „Piosenka młodych małżonków”, „Spotkałem kozicę raz w dolinie”, „Laponia” itp.).

Tomasz Traczyk – mój znajomy z Wydziału Matematyki. Grał ładnie na gitarze, ale zupełnie nie przyjął się w zespole. Wystąpił z nami tylko raz.

Włodek Tymowski – oprócz udziału w grupie wystąpił w duecie z Krysią Krasińską w bardzo trudnej piosence, gdzie każda ze stron śpiewa inny tekst. Chodziło o to, że partnerka gna w góry, szybko i jak najwyżej, żeby „móc przewietrzyć sobie biust”, a partner nie nadąża za nią, a w ogóle góry mało go obchodzą i marzy, by sobie poleżeć na trawie. Muszę się tu przyznać, że ten tekst ma wiele wspólnego z prawdziwym zdarzeniem, w którym brałem udział (przy czym to nie ja chciałem przewietrzyć sobie to czy tamto). Różnica jest taka, że ja nadążałem. I jeszcze jedno: przez lata obywaliśmy się bez sprzętu nagłaśniającego, ale gdy taki nastał, to tylko Włodek umiał go uruchomić.

Wojciech Wojtyński – czy pamiętacie fragment piosenki Skaldów z tekstem Wojciecha Młynarskiego: „lecz ten bas, nie myślcie o nie, mówić pas nie myślał o nie; ćwiczyć jął niby lew, by świat wielbił jego śpiew”? Cały Wojtek. Wyluzowany, spokojnie przyjmujący uwagi, że nie trzyma rytmu ani melodii, a i ze słowami nie zawsze mu wychodzi. I tak był świetny w „Pelerynie”, w „Gdybym miał kondycję”, a szczególnie w piosence, jak to przy Czarnym Stawie leży na trawie i cieszy się życiem. Taki był na co dzień, również we wspinaczce i turystyce górskiej. Luz-blues. Zawsze oczekiwaliśmy z napięciem, czy w piosence „o piwie” znów zaśpiewa „Pierwsze łyki piwa – czyste pożądanie, to jakby z kobietą siedzieć na tapczanie” zamiast „leżeć”. Sam to argumentował, że pożądanie jest wtedy, gdy się jeszcze siedzi, bo potem ma to już inną nazwę, czym wzbudzał zachwyt Koleżanek.

Wrócę jeszcze do piosenki o pelerynie – starej, brezentowej, już wypłowiałej, ale jakże romantycznej – nie to, co dzisiejsze jednorazówki. Wojtek śpiewał to tak sugestywnie, że każdy widział tę jego pelerynę, która „opatulała go z jego dziewczyną”.

  1. Stara Robota”

Szukam w pamięci, czy jeszcze ktoś otarł się o naszą „Starą Robotę”. Od strony udziału w występach, to już chyba wszyscy. Pozostaje grupa, powiem otwarcie, wielbicieli. Wymienię tu tylko Olę Domańską (czyli, jak sama siebie określa, „Kozłowską młodszą”), która zawsze zachęca nas słowami „ducha nie gaście”. Co też staramy się czynić.

W 2008 roku nazwaliśmy się już „Starą Robotą”. Ku naszemu zaskoczeniu i po tej zmianie wielu naszych słuchaczy nie kojarzyło, że nazwa ma jakiś związek z jednym z odgałęzień Doliny Chochołowskiej. Na jednym z występów (w 2019 roku, w Śródmiejskim Domu Kultury na Smolnej), pani dyrektor ośrodka mocno sugerowała zmianę nazwy, uważając, że stara robota będzie zniechęcająca, sugerująca niezdarnych staruszków. Oczywiście na widowni był komplet. Wiele razy na występach mówiliśmy na początku, że nazwa zespołu nie pochodzi od średniej wieku członków. Ale w ostatnich latach ten żart stracił swoją siłę nośną. Przeciętna wieku rosła nam szybko.

Spis naszych występów jest poniżej. Przez wiele lat próby odbywaliśmy u Basi Kaczarowskiej, na Poznańskiej. Każdy miał w miarę dobry dojazd, choć coraz trudniej było dojechać samochodem (pewnego razu krążyłem 45 minut, zanim znalazłem miejsce i potem już nigdy samochodu nie brałem). Basia przeprowadziła się jednak na Żoliborz (na granicy Bielan i Bemowa) i co gorsza, podupadła na zdrowiu. Próby odbywaliśmy wtedy w gościnnych mieszkaniach Tadeusza, Kasi i Wojtka Wojtyńskich oraz Krysi i Andrzeja Krasińskich. Każde z tych miejsc miało swoje wady i zalety. Dla piszącego te słowa mieszkanie Tadeusza było bardzo daleko. Jeszcze gorzej miała Katarzyna, dojeżdżająca z Bródna, a potem z Targówka. Wygodnie było u Wojtyńskich, na parterze w domku przy Krasińskiego, ale tam za bardzo troszczyła się o nas żona Wojtka, Kasia, serwując zbyt smaczne kolacje. U Krasińskich były schody. I to dosłownie: strome schody i ciasne ursynowskie mieszkanie. Stawało się to problemem. Ale spotkania były urokliwe i miały swoją niezależną wartość. Jeszcze raz wspomnę, że podkreślił to w jednym z programów Krzysztof Tomaszewski, mówiąc, że życzy publiczności choćby części tych wzruszeń, które my mieliśmy, przygotowując program. To właśnie nas łączyło i sam występ był tylko miłym, nawet nie całkiem koniecznym dodatkiem do spotkań i prób. To sa nevratí. Chociaż…?

Dostaliśmy kilka nagród i wyróżnień na różnego rodzaju konkursach. Byłoby ich więcej, gdybyśmy o nie bardziej zabiegali. Prawie wszystkie nasze sukcesy poza Klubem zawdzięczamy zaangażowaniu Tadeusza Guranowskiego. Przede wszystkim należy wymienić tu nasze drugie miejsce w Ogólnopolskim Przeglądzie Twórczości Artystycznej Seniorów we Włocławku w 2016 r. Uważam, że zajęliśmy „tylko” drugie miejsce również dlatego, że konkurowaliśmy z półprofesjonalnymi zespołami z ludowym repertuarem. Pamiętam autokar z zespołem z Lubelszczyzny, w strojach regionalnych, z zespołem instrumentalnym. Organizatorzy wyraźnie nie umieli nas zakwalifikować. Tadeusz dostał nagrodę za wykonanie, ja za teksty.

Zdobywaliśmy też wyróżnienia na różnego imprezach typu „Juwenalia Trzeciego Wieku”. Tadeusz wielokrotnie występował z recitalami w różnych ośrodkach kultury. Gdy Rosja nie pokazała jeszcze w pełni swojego barbarzyńskiego oblicza, Tadeusz wystąpiłw konkursie, organizowanym przez ambasadę, poświęconym Włodzimierzowi Wysockiemu. Jako jedyny nie kopiował istniejących wykonań, a pokazał coś nowego, a mianowicie kilka moich (M.Sz.) adaptacji. Przy okazji warto wspomnieć też jedno podobne i charakterystyczne „niepowodzenie” Tadeusza. W konkursie o „The Beatles” jako jedyny nie imitował ich wykonania, tylko zaśpiewał piosenkę z polskim tekstem (związanym ze „Starą Robotą”) – co nie zostało docenione, bo wyniki konkursu był znane, zanim się rozpoczął. Potwierdziło to nasze nabyte mniemanie o sobie, że przy całej amatorszczyźnie jesteśmy wyjątkowym zespołem dla wyjątkowej publiczności. W latach 2016–2019 byliśmy u szczytu formy.

Członkowie zespołu otrzymali – w różnych latach – Złotą Odznakę SKT. Wspomnę też dwa moje wyróżnienia, związane ze „Starą Robotą”. W 2013 roku dostałem ministerialne odznaczenie „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, a w 2023 roku Srebrną Honorową Odznakę PTTK. Bardziej od tych wyróżnień cenię sobie (ja, M.Sz.) to, że na każdym naszym występie był nadkomplet. Paradoksalnie, cieszy mnie i to, że „ogólna publiczność” nie chwytała naszych piosenek. Żeby je docenić, trzeba znać i czuć Tatry. Po rozmowie z Andrzejem Zawadą, na rok przed jego śmiercią, który nigdy „z Tatr nie wyjechał”, napisałem nastrojowy tekst Wiosną halne wieją, śniegi tają oraz Himalaistów – równie sentymentalną przeróbkę Okularników Agnieszki Osieckiej.

No właśnie, teksty piosenek brały mi się najczęściej z własnych wspomnień, refleksji, obserwacji, nastrojów i wrażeń. Jeden przykład już był („Prześpiewane piosenki”). Zamiast teoretyzowania, podam kilka dalszych. Teksty #13, #14 i #15 (numeru ze spisu poniżej), a więc o Czarnym Stawie i Karbie pochodzą ze wspomnień krótkich wycieczek, gdy miałem kilkanaście lat. Byłem pod wrażeniem lektur książek i przewodników górskich, i podobało mi się porównanie, że za Karczmiskiem zostawiamy świat zabaw i balów Zakopanego, a witamy Tatry. Czarny Staw Gąsienicowy był wtedy samoistnym celem wycieczki, a Karb był już wysokogórską turą. Po kilku latach wciąż urzekał mnie widok z góry na Staw, a on sam stawał się końcem wycieczki, gdzie po Orlej Perci można było usiąść i chłonąć góry. Zamknąć oczy i żałować, że już koniec na dzisiaj. Napić się i cieszyć własnym zmęczeniem.

Obrazek 1.

Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym

W sierpniowe popołudnie

Grupy młodzieży

Za nimi Krzyżne Granaty Kozi Zawrat

Wszyscy rozradowani

Idą szybko

Zostawiając góry

Do których tęsknić będą

Jak do młodości


Obrazek 2.

Początek piosenki #22. Konkretne góry, konkretne schronisko, konkretna osoba. Niektórzy członkowie zespołu uważali tę piosenkę za zbyt cukierkową. Ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Na występie bardzo liryczny podkład skrzypcowy dawała do tego Marysia Grochowalska.


Deszcz nam ochładza letnią noc.

Otula góry mgła już w koc.

I kończy się nasz wieczór,

I kończy się nasz wieczór.

Przekazać kilka słów nam chce

Tak prosi: „wysłuchajcie mnie”

Przyćmiony płomień świecy.

Gdzieś góry są, gdzieś góry są.

Tak proszę, blisko przy mnie siądź.

Czy widzisz płomień świecy?


Obrazek 3.

Grań z Małej Wysokiej w kierunku Staroleśnej, na pograniczu wspinaczki. Wrzesień 1970. Powrót przy księżycu. Nie mieliśmy latarek, ale było ciepło i była pełnia.


Gdybym był ptakiem

Udałbym się na wakacje do Zakopanego

Pierwszego dnia wzleciałbym z Nosala nad Dolinę Bystrej

Która przecież wprowadzała w Tatry

Wszystkich niefruwaczy

Drugiego wyjechałbym kolejką i korzystając z Schengen

Spadł w Cichą a potem Tomanową i Kościeliską do domu

Potem Kominy Tylkowe bo tam mieszka arystokracja orzeł z małżonką

Oczyszczę tylko piórka i poćwiczę ukłony

Na Giewont nie bo tam dużo ludzi a oni płoszą ptaki

Kiedy bym nabrał kondycji

Poleciałbym na wysoką grań i fruwał bez wysiłku z jednego szczytu na drugi

Po Orlej Perci po grani nad Morskim Okiem po Gierlachu po Widłach

Gdybym był ptakiem

To wtedy zacząłbym zazdrościć ludziom

Że mogą chodzić



Obrazek 4.

Z Zakopanego nie widać Salatyńskiego Wierchu (chociaż widać Osobitą). Ale z Giewontu już tak. Pociągał mnie ten szczyt. To znaczy Salatyn, niekoniecznie Giewont. Wszedłem, mając już 70 lat (ale pomógł wyciąg na Brestową). Widok był taki, jakiego się spodziewałem. O taki:



Widok z Salatyńskiego Wierchu

Giewont, Rysy, Świnica – małe kopce mrówek.

Rohacze i Wołowiec, Bystra, Goryczkowe…

Jak daleko na Halę? Godziny graniówek

Dodaję i nie wierzę: błędy rachunkowe?

Sprawdzam: sześć, sześć i osiem, potem jeszcze cztery.

Cała doba na graniach. Tak, dwadzieścia cztery.

Zatem od gór młodości dzieli mnie dzień tylko.

Nie, jak myślałem, lata!

Czas jest jedną chwilką!


Obrazek 5.

Nad Stawem Smreczyńskim byłem po raz pierwszy w 1958 roku. Nie zachwycił mnie – ani wtedy, ani przez wiele następnych lat. Powoli, powoli zaczęliśmy się wzajemnie lubić. Jeszcze pamiętam, Elu, jak staliśmy, blisko siebie, nad stawem. Potem usiedliśmy. Zapadał zmierzch.


Pan z siwymi włosami i pani niemłoda

Stali nad górskim stawem przy końcu jesieni

Patrzyli, jak się wszystko kolorami mieni.

Jesienne było niebo, jesienna pogoda.


Znali ten staw. Urzekła ich jego uroda.

Drzewa wokoło stały w brązie i czerwieni.

Ściemniało się. Nie było już słońca promieni.

Już nikt się nie pojawił. Pociemniała woda.


Nazajutrz przyszła zima. Staw okrył się bielą.

Lecz nim się zjawią tutaj narciarze niezmienni,

Odpocznie brzeg i głębia pod śnieżną pościelą.


Pokryta grubym lodem wspomni może woda

Jak tu byli ostatni turyści jesienni –

Pan z siwymi włosami i pani niemłoda.


Obrazek 6.

Pamiętam swoje „pierwsze Pięć Stawów” – z Zakopanego przez Zawrat do Morskiego Oka. Koniec sierpnia 1963. Z przewodnika Nyki dowiedziałem się wcześniej o ich uroku, o łagodnych łąkach, kwiatach i sennie brzęczących owadach. I oto dwa (!) teksty do tej samej melodii „Moon River” z filmu „Śniadanie u Tiffany’ego”(1961), z Audrey Hepburn. Pierwszy tekst jest o Dolinie Pięciu Stawów, drugi o Morskim Oku – wtedy jeszcze niezaśmieconym i niezadeptanym dziesiątkami tysięcy stóp dzienne. Nie wiem, może i teraz można się nim zachwycać. Kiedyś to na pewno. Żadne widoki górskie nie mogły się równać z Morskim Okiem, zarówno tym widzianym ze schroniska, jak i z Drogi Po Głazach.


Pięć jezior

Skryło się wśród traw

To azyl od złych spraw

To wiesz

Kwietne

hale

Patrz na skale

Przyjazna kozica

zapytać mnie chce

Mów dokąd

dokąd chciałbyś pójść

Ja poprowadzę cię

gdzie bądź

Choć mamy

Niezależny szlak

Ten sam widzimy znak

Pięć jezior

I szczyt


Szmer wody

Wokół wszystko śpi

Tu możesz jeszcze być

Trzy dni

Morskie

Oko

Jak wysoko

Poprzeczkę zawiesisz

co piękne co nie

Jak teraz

Będę widzieć świat

Jest przecież inny świat

We śnie

Gdzieś pełnia

Potem jakiś nów

I dzień i słońce znów

Dziękuję

Ci tak



Obrazek 7. Jestem. Autentyczne.

Piętnaście kroków trzy oddechy

Mgła wilgoć minuta przerwy

Tak podchodzę po latach na Ornak

Od Iwaniackiej

Jestem

Idę granią w słońcu

Widok przecież na pamięć

Krzyczę na cały głos

Najciszej jak mogę

Że jestem





  1. Trochę wspomnień o występach

Najwięcej wzruszeń dawały nam występy w Klubie, przy przepełnionej sali. Próbowaliśmy stworzyć nastrój – posiadu po górskim dniu wśród przyjaciół. Myślę, że nam się to udawało. Właśnie tam, w Klubie, mogliśmy sobie pozwolić na zestaw piosenek pełnych odniesień i aluzji do realiów tatrzańskich i ogólnie górskich. Kiedy czuć powietrze pod stopami… W piosence o Krywaniu Wojtek śpiewa fragment „Gdym zobaczył ciebie, jako ośmiolatek, twoje skalne granie dały górskich snów zadatek”. To jest zbitka wspomnień wielu naszych Koleżanek i Kolegów. Przypomnę też fragment innej piosenki:



Razem wybierzmy się dziś na Kościelec.

Spojrzymy ze szczytu w dół.

Popatrz: po lewej połowa doliny,

Po prawej zaś drugie pół.



To zrozumie tylko ktoś, kto wie, że tylko z Kościelca widać wszystkie Stawy Gąsienicowe. Piosenka o Cieśniawach w Juraniowej nawiązuje do nielegalnych wyskoków za granicę, do „odległej” Czechosłowacji. Ja lubiłem też własne teksty o wycieczkach graniowych, na przykład Powoli po grani, powoli – o trasie z przełęczy Tomanowej do Wołowca). Wspomnę jeszcze dwa inne teksty. Pierwszy to „Stromym Żlebem” – tę piosenkę wykonywali Tadeusz i Wojtek. Istotnie, schodziliśmy (ja i Staszek, przyjaciel od wczesnej młodości) Mnichowym Żlebem. Pogoda się psuła, ale i tak był to koniec naszego pobytu – również w tym sensie, że już potem nie spotkaliśmy się w górach. A piosenka o podejściu z Ochotnicy na Lubań nie zmieściła się nam w repertuarze. Napisałem ją dla Józefa Nyki, na 90-lecie jego urodzin, a po raz ostatni przeszedłem tę trasę już mocno zmęczony, bo było to z Turbacza i przez Gorc. Jak pisał sam Józef Nyka, miłośnicy pięknych widoków wiedzą, że nie sztuka wejść na Lubań – sztuką jest wyruszyć z niego w dalszą drogę.


Z Ochotnicy na Lubań przez las, przez las, przez las
Z Ochotnicy na Lubań to piękna Gorców treść.

Z Ochotnicy na Lubań podchodzę któryś raz -
I ulewę czy skwar - ja z radością mogę znieść.

Z Ochotnicy na Lubań już urósł nowy las,
I to przecież ja jestem, lecz myśli inne mam.

Nie zgubiłem, nie znalazłem, gdzie jest więc mój czas?
Inne drzewa, a widzę, że przecież szlak ten sam

Z Ochotnicy na Lubań wciąż leśny, leśny chłód.
Za Lubaniem w oddali gdzieś Tatry stoją tam.

Górskich przygód mam wiele, górskich wspomnień w bród -
Na Lubaniu, jak dawniej, wciąż jestem taki sam.


Inne występy były, owszem, miłe i udane, ale „to nie było to”. Na szczęście działalność Zespołu (a raczej pomysł i program) spotkał się kilka razy z dużą niechęcią i mocno negatywnymi opiniami. Piszę „na szczęście”, bo jednostronne, stałe pochwały są niebezpieczne.

Nieudany był nasz pierwszy występ poza Klubem, w jakimś pubie-restauracji
w Łomiankach. Nie pamiętam, kto nam go polecił. Mimo uzgodnień, wszystko było inaczej niż chcielibyśmy, począwszy od tego, że właściciel pubu nie powiesił naszego ogłoszenia, tylko nabazgrał własne, gdzie byliśmy jako „Śpiewacy tatrzańscy”. Wbrew ustaleniom, w czasie występu goście jedli i pili, a dwie panie jazgotały przy piwie. Należy jednak podkreślić, że z wyjątkiem tych dwóch pań, inni goście jednak słuchali z zainteresowaniem.

Pełni zatem obaw, skontaktowaliśmy się z „Południkiem Zero” na Wilczej 25 – miejscem spotkań różnego rodzaju podróżników, oczywiście młodzieżowych. Po raz pierwszy wystąpiliśmy tam w 2013 roku. Zapowiadający nas młody człowiek nie był w stanie przeczytać poprawnie „Zespół Stara Robota Stołecznego Klubu Tatrzańskiego”. W końcu wydukał, ale potem było znakomicie, a gdy skończyliśmy swój program, Krysia Dolebska rozśpiewała całą salę standardami ludowo-turystycznymi. O ile pamiętam, zaczęła od „Nie liyj dyscu nie liyj”. W „Południku Zero” byliśmy jeszcze raz po roku, 8 lutego 2014. Chyba to była Elżbieta Suwara – spiesząc się na nasz występ, pośliznęła się i złamała rękę, ale do szpitala pojechała dopiero po występie.

Skoro mowa o naszych sukcesach, a w każdym razie o pozytywnych wrażeniach, to dla równowagi wspomnę dwa inne nieudane występy i to w odstępie miesiąca, w październiku i listopadzie 2013 roku. Ale nie z naszej winy. Otóż najpierw zostaliśmy uroczyście zaproszeni do „uświetnienia” Walnego Zjazdu PTTK. Usadzono nas w dużej sali, gdzieś w kącie i okazało się, że mamy odegrać rolę muzyki pod kotleta, a nawet gorzej, bo nikt się nami nie przejmował. Po kilkunastu minutach przerwaliśmy występ, czego nikt nie zauważył – z wyjątkiem, jak pamiętam (nie wiem, czy dobrze), Włodka Tymińskiego, który nas próbował zatrzymać. Po miesiącu znaleźliśmy się w ośrodku przy elektrowni na Siekierkach. Sala była zimna, odległość od sceny do widowni była znaczna, a publiczność (dość przypadkowa) oczekiwała zupełnie czego innego, Trudno zresztą powiedzieć, czego. Wspominamy to z niechęcią. Nie zaliczę do wpadek kontaktu z młodzieżowym klubem turystycznym na Raszyńskiej. Po prostu nie pasowaliśmy do siebie, co było widać od pierwszych chwil wstępnego spotkania. Gęś z prosięciem lepiej się dogaduje niż my (ja i Basia, rok 2015) z organizatorami. Byłoby zresztą niedobrze, gdyby do występu doszło.

O konkursie we Włocławku (2016 r.) pisałem oddzielnie. Tu jeszcze raz podkreślę rolę Tadeusza – musiał nas energicznie namawiać do wzięcia udziału. Kilka razy wystąpiliśmy w Domu Kultury przy Smolnej 1/3. Było świetnie, chociaż nie mogłem dogadać się z szefową co do kilku szczegółów. Na przykład, przykre było z jej strony żądanie, żebyśmy się przedstawiali z podaniem zawodu. Przyznaję, że powinienem był ostro zareagować. Zapełnialiśmy salę do ostatniego miejsca (na przepełnienie nie pozwalała ze względów bezpieczeństwa), ale któregoś roku przestała nas lubić.

Z ciekawszych miejsc wspomnę występ w lokalnym ośrodku kultury w Podkowie Leśnej, w wilii Aida (2012). Jest to willa, którą w posagu od Lilpopów dostał Jarosław Iwaszkiewicz. Z niewiadomych względów nie spodobała mu się i przenieśli się z żoną do nieodległego Stawiska. Willa jest duża, urocza, drewniana, zabytkowa, z nastrojowym ogrodem. Około 2000 roku kupił ją… mój znajomy matematyk – który zrobił majątek w Meksyku (szczegółów nie znam) i postanowił właśnie urządzić tam lokalne centrum kultury, z koncertami chopinowskimi włącznie. A skoro pisałem przedtem dużo o ludziach, to wspomnę coś bardzo charakterystycznego dla Wojtka Wojtyńskiego. Na spotkaniu po pogrzebie jego syn powiedział, że ojciec miał kilka pasji i co najmniej jedną antypasję: motoryzację. Istotnie, jazda samochodem jakoś Wojtkowi nie wychodziła. Otóż do Podkowy Leśnej najlepiej dojechać z Warszawy trochę naokoło (omijając korki) – autostradą na Poznań do Pruszkowa i potem bocznymi drogami. Osobliwością tej drogi jest to, że trzy razy przejeżdżamy wiaduktami nad autostradą, z której właśnie zjechaliśmy. Wytłumaczyłem to Wojtkowi dokładnie, ale jak przyszło co do czego, to po drugim przejeździe doszedł do wniosku, że zabłądził i wrócił, błądząc z kolei w innych okolicach koło Brwinowa. Występ bardzo się tam udał, chociaż „tłumów nie było”.

I jeszcze kilka występów na AWF, w tym w klubie „Relax”, gdzie bardzo dawno temu, zdaje się, że jeszcze w swoich czasach studenckich, zaczynał swoją karierę Tadeusz. Pewnego razu występował z Marylą Rodowicz – nie w jednej piosence, tylko w tym samym programie. Przyznam się, że wolę Tadeusza niż Marylę.

Dobrze, a nawet bardzo dobrze, wspominam nasz przedostatni występ przed pandemią (2019) w Klubie Lekarza na Raszyńskiej 54. Może też dlatego, że Klub ten otaczała atmosfera pewnej elitarności. Szczegół zatarły mi się w pamięci, ale pierwsze moje wrażenie było takie: „o, może tak wyglądały kluby angielskie dla dżentelmenów w XIX wieku – no, może tylko dla tych nieco uboższych”.

W tym przedpandemicznym roku byliśmy zresztą „na fali” – mieliśmy aż osiem występów. Zaczęliśmy odkrywać kameralne MAL-e, czyli Miejsca Aktywności Lokalnej – małe salki, niekiedy połączone z kawiarnią albo biblioteką. Co prawda, już wcześniej byliśmy kilka razy w „Kalinowym Sercu” – skromnym ośrodku poświęconym Kalinie Jędrusik. Szkoda, że gdy zmieniło się kierownictwo, już zabrakło tam dla nas miejsca.

Na wiosnę 2020 roku mieliśmy umówione kolejne spotkanie w Kawiarni Międzypokoleniowej przy Anielewicza. Nie była to dobra sala do występów – długa i wąska. Ale atmosfera bywała tam sympatyczna. W marcu odwołaliśmy nasze próby, a wkrótce potem i tak nastąpił totalny shutdown. Miałem pomysł występu „zdalnego”, na łączach komputerowych. Uważam, że był całkiem realny, a miałem już trochę z tym do czynienia z racji zdalnych wykładów na uczelni, ale zdaje się, że byłem jedyny, któremu to się podobało.





Stara Robota” – wspólna opowieść SKT

Ola Domańska („Kozłowska młodsza”)



Dzięki „Starej Robocie” mamy w SKT wspólną opowieść. Jednoczą nas wspólne wspomnienia – górskich włóczęg, zachwytów nad pięknem Tatr, schroniskowych posiadów, uczuciowych wzlotów i upadków, przyjaznych spotkań, no i późniejszych „obozów kondycyjnych” w chałupie w Ławach, a oni to wszystko przez te liczne lata wyśpiewali oraz – piórem Michała i wdziękiem scenicznych interpretacji – zobrazowali. Wszyscy byliśmy bohaterami tych opowieści, to były nasze doświadczenia, nasze wspomnienia, tylko sprytnie, pomysłowo, czasem lirycznie, czasem kpiarsko, z poczuciem humoru i błyskiem talentu przedstawione tak, jakbyśmy my nie umieli tego ująć. Dostarczali naszemu gronu artystycznego spoiwa, dodatkowo umożliwiając sentymentalną podróż do krainy młodości.

Byłam na większości występów „Starej Roboty”, począwszy od debiutu „Baranich Rogów” w Domu Polonii. Gdy kiedyś z prezeską Elą towarzyszyłyśmy członkom zespołu w ich wyprawie do Podkowy Leśnej, uznałyśmy, że stanowimy ich jakieś „groupies” – wierne fanki, podążające za swymi idolami podczas ich tras koncertowych. W moim przypadku tej gorliwości nie tłumaczy wyłącznie fakt, że jestem córką jednej z gwiazd tej „starorobociańskiej” konstelacji. Spotkania ze „Starą Robotą” dostarczały mi uczucia radosnego współuczestnictwa oraz „przenosiły moją duszę utęsknioną do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych…”

Z najczulszą wdzięcznością, Ola





Co mnie spotkało w „Starej Robocie”

Katarzyna Kozłowska

Zastanawiałam się, co ja mogłabym napisać o takim zjawisku, jak Stara Robota… Ja, w sensie zupełna ignorantka gór, pochłonięta wiedzą, tak biegunowo różną od górskiej bo, o ironio, dotyczącą historii Kaszub i morza? Okazuje się, że życie naprawdę prowadzi nas swoimi ścieżkami. Nam pozostaje akceptacja.

Początkowo sensu w tym nie widziałam żadnego. Ot, po prostu, pewnym osobom się nie odmawia, a szczególnie takim, o których zdążyłam się nauczyć, że są ważną częścią mojej pracy, i to o dziwo, jako mediatora. Pewnego dnia, a było to w 2015 r., podczas dyżuru mediacyjnego, jedna z naszych koleżanek w biurze żywo dzieliła się nagraniami w telefonie. Do mnie też dotarła. Popatrzyłam, posłuchałam, pochwaliłam i wydawało mi się, że wystarczy. W końcu miałam pracę do wykonania. Tymczasem kobietka nie odpuszczała, opowiadała, gdzie tak fajnie śpiewa i że są trudności instrumentalne... A ja miałam w myślach, że goni mnie praca, więc słuchałam, ale jednym uchem. Nagle zastrzeliła mnie pytaniem: „Grasz na gitarze?” Pytanie dotarło do mnie z opóźnieniem, a zanim doszłam do siebie, musiało minąć trochę czasu. Skąd to pytanie? Przecież nie znałyśmy się wcześniej. Nie mogła wiedzieć, że faktycznie gram na gitarze. Tak mnie zatkało, że jednak oderwałam się od myśli o pracy i posłusznie, stając prawie na baczność, odpowiedziałam, że tak, gram. Na to ona podała mi adres i termin najbliższej próby. I tyle. Zostałam za biurkiem, w pełnym oszołomieniu, bez szans na jakąkolwiek dalszą pracę. Myślałam sobie wtedy: „O rety, co ja robię?” Ale, że jestem bardzo odpowiedzialną osobą, nie było mowy, aby się wycofać. To, co mnie wówczas przytrzymało, aby nie stchórzyć, to moja faktyczna potrzeba, aby po wielu latach odświeżyć sobie umiejętność gry na gitarze. Ostatecznie pomyślałam, skoro trafia mi się okazja, to skorzystam.

Natomiast zupełnie nie miałam pojęcia, co mam myśleć stojąc już pod drzwiami kamienicy na Poznańskiej. Co ja tu robię? Pamiętam to uczucie do dziś. Prawie nikogo tam nie znam. Idę do obcego mieszkania. Pewnie też nie myślałam zbyt wiele, bo mogłabym uciec. Ale weszłam. I zostałam. Na 9 lat.

Tą osobą z biura była Irena, też Kozłowska. W czasie stażu mediacyjnego uczono nas o obiegu dokumentacji. Jednym z punktów było korzystanie z segregatora o nazwie „Irenka”. Wówczas myślałam sobie, że to zapewne taka umowna nazwa i w ogóle nie przywiązywałam do tego wagi. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że „Irenka” to właśnie Irena, ta kobietka, która nadawała ton naszym spotkaniom w biurze i która, de facto, spowodowała, że znalazłam się w zespole.

Co ciekawe, w czerwcu tego roku, a mamy A.D. 2026, byłam na wycieczce w Krakowie z młodszą koleżanką mediatorką. Wiedziała, że występowałam w zespole artystycznym. Siedziałyśmy w Jamie Michalika. Na gitarze, do kotleta, doskonale przygrywał muzyk. Pochwaliłam się naszymi zdjęciami z występów. W pewnym momencie zapytałam, czy też na stażu uczyła się o segregatorze „Irenka”. Jakie było jej zdziwienie, gdy na zdjęciach pokazałam jej Irenę!

Dopiero w trakcie prób dowiedziałam się, że zespół śpiewa WYŁĄCZNIE o górach! Docierały do mnie jakieś nazwy, pojęcia, analizy tras, wspomnienia, a ja nie miałam pojęcia, o czym oni mówią! Przyznam się, że jak już naprawdę dotarło do mnie, że nie mogę liczyć na żadne inne teksty, to miałam chwile załamania i to powracające pytanie: „Co ja tutaj robię?”

Kilka lat wcześniej, podczas wyjazdu służbowego do Zakopanego, miałam w hotelu wspaniały widok na panoramę Tatr. Zachwyciłam się widokiem i podzieliłam się tą refleksją z koleżanką. Chcąc jej zrobić przyjemność powiedziałam: „ale ładna ta góra”. Trzeba było widzieć jej minę, jak mnie ofuknęła i wzburzona powiedziała: „przecież to jest Giewont, a nie jakaś tam góra!” Wspomnienie nawiązuje do momentu, gdy w czasie jednej z prób, olśniło mnie, co ja właściwie śpiewam. A była to piosenka: „Pomnik błądzących turystów”: „…tych, co odrabiając tatrzańską pańszczyznę, na tę górę z krzyżem mówią: to jest Krzyżne…”. Serdecznie proszę o wybaczenie wszystkich, którzy kochają góry! Do tego czasu ja naprawdę myślałam, że Giewont, góra z krzyżem, Skrzyczne, Krzyżne to są synonimy… Okazałam się właśnie takim bardzo błądzącym turystą. We mgle.

W zespole przyjęłam rolę drugiego grajka. Mimo próśb zespołu, konsekwentnie odmawiałam grania bez Tadeusza. Strach pomyśleć, co by się wtedy działo! Bo Tadeusza trochę się bałam, więc wolałam nie podpadać. A poza tym uważałam, że król od grania powinien być jeden i wtedy jest dobrze. Moja rola zupełnie mi odpowiadała. Zresztą nie poradziłabym sobie. Mamy ogromny i fantastyczny materiał. W zasadzie do końca miałam wrażenie, że nie ogarniam. I nic więcej nie chciałam. A już na pewno żadnych śpiewów…

Więc raczej milczałam. Uczyłam się zespołowych zwyczajów i zasad. Nasiąkałam klimatem grupy. Poznawałam członków zespołu o bardzo różnych osobowościach, których łączy jedna, za to ogromna miłość do gór.

Z czasem dowiedziałam się, że wszystkie teksty pisze Michał. To było dla mnie absolutnie zaskakujące, wręcz imponujące. Michał jest matematykiem i z matematyką nawet bardzo się lubi. Poezja stała się natomiast jego sposobem na oddech, na ciągły kontakt z górami, chociażby we wspomnieniach. Z mojego punktu widzenia oczywiście.

A więc trwałam. Pod płaszczykiem spotkań klubu emerytów odkrywałam coraz większe nabożeństwo do gór. Nie tandetne czy błahe dywagacje, ale dogłębnie zbadane, przemyślane, wręcz przetrawione i uwewnętrznione przemyślenia. Tego rodzaju pojmowanie gór jest dla mnie niemożliwe do pojęcia, ale po prostu piękne. Pamiętam Basię, czytającą w czasie naszych występów fragmenty starych, bo jeszcze nawet z XIX w. przewodników górskich. I co zaskakujące, mimo upływu czasu, tamta wiedza i anegdoty są niezmiennie interesujące i nadal bardzo zabawne. Podczas koncertu na Smolnej, w czasie którego jednak zaśpiewałam w duecie z Tadeuszem „Piosenkę młodych małżonków”, Basia wspominała chociażby Zygmunta Klemensiewicza z 1912 r., który pisał o  uzbrojeniu turysty w worek turystyczny i Stanisława Eljasza-Radzikowskiego z 1924 r., który opowiadał się za chłostą dla każdego, kto będzie używał nazwy śpiwór. Uważał, że powinno się używać nazwy sypiak

Nie wiem jak to się stało, ale potem sama zdecydowałam się przejąć z repertuaru Basi piosenkę „Stukilowy turysta”. Zachwycił mnie tekst. To jedna z perełek napisanych przez Michała. Lekka, dowcipna historia. Po naszych występach podchodzili do mnie widzowie, którzy pamiętali, że to była piosenka Basi. I wspominali ją. Ta świadomość sprawiała, że moja odpowiedzialność za to, co śpiewałam była jeszcze większa i chcę, żeby tak zostało. Właśnie dla wspomnienia Basi.

Ciekawe wspomnienia mam też związane z Maćkiem. Jestem mu wdzięczna, że stworzył ciekawą aranżację skrzypcową do „Małżonków”, która wprowadzała dynamikę country do piosenki i tym samym uświetniła nasz występ z Tadeuszem. Pamiętam dobrze, bo to był mój pierwszy wokalny występ w Starej Robocie. Na Smolnej. Pamiętam też, że Maciek czuł się dżentelmenem i zawsze chciał mnie podwozić po próbach do przystanku. Dobrze, że przystanek był praktycznie za rogiem. Zasadniczo nie przeszkadzały mu światła drogowe i inni użytkownicy na jezdni. W samochodzie zawsze miał włączone radio Classic. Nucił pod nosem, gdy podjeżdżał blisko i siadał komuś na ogonie. I był bardzo z siebie dumny, że ma młodszą córkę, niż ja syna… Szkoda, że nie zdążył w zespole zaśpiewać swojej pierwszej piosenki „Ty nie poganiaj mnie…”. Dla mnie do tej pory to po prostu piosenka Maćka.

Mam nadzieję, że Krysia i Włodek mi to wybaczą, bo ostatecznie to oni stworzyli jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny duet i powołali tę piosenkę do życia. Dodatkowo, utwór zaistniał w ich autorskiej formule. Trudno mi było zachować skupienie podczas grania, gdy obserwowałam naszą Krysię, wietrzącą sobie biust i obok Włodka, człowieka eleganckiego, skromnego, cichego i na wskroś dobrego: „… Ja wiem, że ty na szczyt ten, albo inny, chcesz wejść, by móc przewietrzyć sobie biust…”. I dalej Krysia: „…Jeżeli jeszcze raz uwalisz się na trawie, to zrobię takie cuś, co wstrząśnie duszą twą…”. Wyobrażenie Włodka, uwalonego na trawie… no cóż, to jest zupełnie nie do pojęcia dla mnie i naprawdę trudno mi było wówczas zachować powagę. Ten duet, kompletnie odmiennych wizerunkowo osób, stał się po prostu wydarzeniem.

Wcześniej był plan, że tę piosenkę zaśpiewa Wojtek, a wiadomo, że Wojtek chętnie zaśpiewałby wszystko. Jego bas i język węgierski pozostaną nieodżałowaną stratą. W ostatnich latach pracował nad jakąś matematyczną teorią, którą nawet planował przedstawić innym matematykom. Za wszelką cenę próbował mi opowiedzieć, czego dotyczy jego praca. Wierzył w to, że matematykę można wytłumaczyć każdemu. Moje doskonałe możliwości matematyczne są powszechne znane, podobnie zresztą, jak moja rozległa wiedza na temat gór. Dlatego jestem mu bardzo zobowiązana, że gdy mówiłam: „za chwilę już nie wytrzymam, Wojtusiu…”, on przyjmował to pokornie i przechodziliśmy na inny temat. Urodziny też mieliśmy w tych samych dniach. Dla mnie, urodzonej 9 marca, 8 marca to też święto. I Wojtka. Ryba z Rybą znajdzie się w każdym kosmosie.

Trzeci raz do śpiewania namówiła mnie Matylda. Oczywiście niechętnie z mojej strony. Szalę przeważył fakt, że to z kolei jest piosenka Ireny, która zdecydowała się ją oddać w dobre ręce, aby piosenka żyła dalej. Nasze głosy z Matyldą nadspodziewanie dobrze zabrzmiały. Była to czysta przyjemność. Myślę, że Irenie też się podobało. Dziękuję za to i Irenie i Matyldzie. W uszach dźwięczy mi przesłanie: „…Powracasz o zmierzchu, pięknieje ci świat, a myśl o przegranej ucieka...” .

A teraz inna historia. Jest 15 sierpnia 2024 r., a więc święto. Piękna nadmorska wioska, do której docierają tylko ci, którzy wiedzą, gdzie jechać. Tutaj spędzam wakacje od 32 lat. Zgromadziła się cała społeczność lokalna i turyści. Jest bigos, kiełbaski i ciasta. Są występy, swobodne rozmowy i kramy, jak na odpuście. Staję w kolejce po bigos i oczom nie wierzę: Krysia! Nasza Krysia. Tak było. Czy to już telepatia czy czary? Mało tego. Po wymianie uścisków, ochów i achów, okazało się, że mieszkałyśmy u tych samych właścicieli! I to przez kilka lat. Tylko oczywiście nie w tym samym czasie. Otrzymałam od niej wtedy wspaniałe zdjęcie naszych gospodarzy na pamiątkę. A o tym, że Krysia jest absolutną, cudowną i niepowtarzalną artystką w każdym calu, wie każdy. Czy Krysia zna tekst czy nie, czy aktualnie zapomniała, to zazwyczaj nie miało znaczenia. Zawsze stworzyła cudowną kreację artystyczną. Nawet, gdy na próbach nic tego nie zapowiadało. Jednak fakt, że pisze fantastyczne teksty, gdzie królem od tekstów jest oczywiście Michał, to była prawdziwa odwaga i determinacja. Myślę, że Krysia po prostu ma talent i dobrze, że pisze. W listopadzie 2018 r. otrzymałam od niej jej autorski tekst „Madame Butterfly” z dedykacją.

Natomiast Włodek. Dobry duch zespołu, mimo, że w cieniu, ale zawsze na miejscu. Gdy szukałam nowej pracy bardzo się przejął i razem z siostrą zaangażowali się w pomoc dla mnie. Dzięki jego staraniom zostałam uhonorowana odznaką SKT i to w czasie takiego wydarzenia jak 70-lecie istnienia Klubu! Miałam naprawdę dużą trudność, żeby wyjść na scenę po odbiór tego wyróżnienia. Serdecznie go uściskałam po występie w pubie. Odznaka zajmuje ważne miejsce w mojej pamięci. Cóż, czy po 9 latach zacznę inaczej myśleć o górach? To całkiem możliwe.

Gdy pisałam ten tekst, okazało się, że właśnie odeszła Ewa. Towarzyszyła zespołowi od zawsze, chociaż ostatnio nie chciała się zbytnio prezentować. Przypomniało mi się, że ostatni raz widziałyśmy się na przyjęciu u Matyldy poza miastem. Tak się złożyło, że wspólnie odprowadzałyśmy naszą Alinkę. Późny wieczór, w zasadzie już noc, a my z Ewą i Alinką stoimy na przystanku i czekamy na transport dla Alinki. Prowadzimy lekką, niespieszną rozmowę. Wokół ciemno i spokojnie. Potem jeszcze z Ewą wracałyśmy metrem do centrum. Dobra rozmowa dwóch kobiet. Ostatnia. Potem usłyszałam, że Klub to było najlepsze, co się Ewie w życiu przytrafiło…

A nasza Alinka 3 sierpnia skończy 100 lat! Alinko nasza Kochana, ślemy Ci mnóstwo serdeczności!



  1. TEST

Drodzy członkowie StSStR (Stowarzyszenia Sympatyków „Starej Roboty”). Oto test ze znajomości naszego repertuaru. Wskazówka. Pytania o numerach parzystych dotyczą tej samej piosenki, co poprzedzające nieparzyste.

  1. Co jest naszą doliną i dlaczego jest ona najlepsza?

  2. Czy Dolina Starorobociańska da się porównać z Morskim Okiem?

  3. Co pili i jedli na Giewoncie?

  4. Jakie obuwie miała kobieta, która weszła na Giewont i miała trudności z zejściem?
    W czym trzymał swój turystyczny ekwipunek pewien korpulentny pan?

  5. Co obejmował „nasz przypadek” w piosence ortopedycznej?

  6. Do czego nadawał się prawy bark Tadeusza?

  7. Wymień przynajmniej jeden powód, dla którego życie młodzieży jest upiorne.

  8. Co zyskuje zwycięzca wyścigu szczurów?

  9. Ile lat miał bohater pewnej piosenki, w której występuje sekcja grzebieni dętych, gdy miał wspaniałą formę?

  10. Jakie niezwykłe zjawisko pogodowe może zdarzyć się w maju?

  11. W co wziął piwo pewien narciarz, gdy już zjechał z wysokiej góry?

  12. Dopisz brakujące słowo: brzuch, buch, chuch, duch, dmuch, druh, fuch, kluch, much, puch, ruch, słuch, zuch.

  13. Kogo mógł spotkać mąż swojej żony na jednej z hal?

  14. Czy owa żona spędziła swoje życie w spa?

  15. Co poczuło do siebie tych dwoje, gdy spotkali się w piątym wagonie ekspresu? Dokąd jechał ten pociąg?

  16. Na co najlepszy jest własny mąż?

  17. Na co były potrzebne młodym małżonkom dwa śpiwory?

  18. Jaką alternatywę dla ślubu przedstawiła narzeczona?

  19. Co powiedziałby miś, gdyby wspiął się na Mnicha?

  20. Jak poradził sobie TOPR z nadmiarem taterników na Mnichu?

  21. Jak była ubrana pani Marzena?

  22. Jaki stanowczy apel wystosowaliśmy do ludzi odwiedzających Morskie Oko?

  23. Jaka część garderoby trzęsła się pewnemu turyście na słynnej przełęczy tatrzańskiej (2159 m n.p.m.)?

  24. Kogo jeszcze brakowało na Zawracie?

  25. Czy Tadeusz uważał, że 1 zł 40 gr od metra to wygórowana cena?

  26. Jaką cenę za metr planuje wyznaczyć Tadeusz, gdy Polska wprowadzi walutę euro?

  27. Do życia w jakim mieście Półwyspu Iberyjskiego można porównać wycieczkę granitową granią?

  28. Co jest dobre dla pachołków?

  29. Co robili Wojtek i dziewczyna pod obszerną peleryną?

  30. Co utrudnia bycie mistykiem?

  31. Wymień przynajmniej trzy trunki, które Tadeusz spożywał z kozicą.

  32. Z kim lepiej pić niż z kozicą?

  33. Czy namiot był do końca rozpruty?

  34. Dlaczego Tadeuszowi trudno było całować wargi pewnej dziewczyny?

  35. Dlaczego pewien turysta niemający włosów na głowie miał określone trudności
    ze skompletowaniem Korony Gór Polski?

  36. Co pojawiło się przed pewną babą na ścieżce?

  37. Jakiego wzrostu byli trzej taternicy z Morskiego?

  38. Jakie trzy szczyty w grani Morskiego Oka zdobyli trzej taternicy?

  39. Co by zrobił Wojtek, gdyby miał kondycję?

  40. Jak zszedłby Wojtek z najwyższego szczytu?

  41. Co robić, gdy świat się wydaje złodziejski?

  42. Czy autobus podmiejski należy do twojej rodziny?

  43. Jak możesz krótko scharakteryzować żleb, którym schodzili dwaj przyjaciele w końcu dnia?

  44. Czy dwaj przyjaciele dzielili się sprawiedliwie chlebem?

  45. Jak poprawić smak mięsa reniferów?

  46. Co myją sobie na Islandii w ciepłej wodzie?

  47. Czy jeden raz wystarczy?

  48. Za co chciał Tadeusz postawić piwo koleżance?

  49. Jakie są pożytki ze stukilowego turysty? Wymień co najmniej dwa.

  50. Czy wygodnie jest spędzić noc ze stukilowym turystą?

  51. Czy Matylda pędzi jak Cyganka z wiatrem?

  52. Gdzie naszła Matyldę chęć do amorów i co sądzi o sposobie na raty?

  53. Co najbardziej pasuje do ćwierci mielonki?

  54. Czy owacje na stojąco mogą zakłócić szum beskidzkich traw?

  55. Co Krysia zwalczy, byle tylko być na Karbie?

  56. Co Krysia lubi robić na Karbie?

  57. Jaki kolor włosów miała kobieta, którą Basia by chętnie popchnęła?

  58. Pewien facet będzie meandrował u stóp Basi jak pewna mazurska rzeka. Jaka?

  59. W której piosence Starej Roboty występują ryby morskie?

  60. Dlaczego baca nie chciał doić owiec?

  61. Co się marzyło Tadeuszowi, gdy wspinał się kominem Drege’a na Granaty?

  62. Co powiedział partner Tadeusza, gdy urwał mu się chwyt?

  63. Czy bardzo przejmujemy się tym, że być może zmarznie nam nos?

  64. Czy gdy brzęczy złoto, to mamy już spakowany plecak?

  65. Co zrobił pewien noworodek szwedzki na Zawracie?

  66. Kto i gdzie widział setki oświadczyn, ale także wiele materiałów do rozwodu?

  67. Czy chatka w Ławach spełnia normy europejskie, choćby w podstawowym zakresie?

  68. Opisz jednym słowem radość, gdy przebywasz w chatce w Ławach.

  69. Czy pamiętają nas górskie wiatry?

  70. Gdzie nam wietrzyk szeptał do ucha piękne bajki?







Jak znaleźć swoją ulubioną piosenkę?

Jest to trochę skomplikowane, bo odcinki powstawały niechronologicznie, tylko tematycznie. Wszystkie nagrania piosenek są dziełem Andrzeja Szajewskiego.


Muzyczny przewodnik po górach

część 1. O Tatrach w ogólności https://youtu.be/4Om-t4ZQXCg 48:58


część 2. Przy Czarnym Stawie https://youtu.be/58QVOegnMAA 34:21

część 3. Amory pod jaworem https://youtu.be/oAlQxMjGdSM 36:13

część 4. Zgubiłam kiedyś w lesie szlak https://youtu.be/cjwFeK44u6k 52:07

część 5. Pięcistawy. Baranie Rogi https://youtu.be/2RO6z-zTUYs 37:57

część 6. Tylko grań. Tam nie wejdzie drań https://youtu.be/YwZjjyIPH_w 48:34

część 7. Powroty https://youtu.be/QiDp6H-xOUU 39:32

część 8. Co płynie i dlaczego płynie https://youtu.be/cn3qbbUoc3g 38: 42

część 9. Zamarła Turnia https://youtu.be/ZTbS0w9e2xo 31:47

część 10. Pociąg do gór https://youtu.be/OP7H_dT5iSM 43:45

część 11. Raczej o ludziach niż o górach https://youtu.be/fBPYOgzgw9E 34:38

część 12. To sa už nevratí https://youtu.be/fBPYOgzgw9E 45:16

część 13. Południk Zero https://youtu.be/aLHfTTfsnKg 38:55

część 14. Wspólne korzenie https://youtu.be/GToDsW69cRY 45:21

część 15. Stara Robota od strony warsztatowej https://youtu.be/11RJbhnGAag 45:50

część 16. Śpiewam o Tatrach tak staromodnie https://youtu.be/BEfnUBTG4yw 43:09

część 17. Gorce. Tatry. Józef Nyka https://youtu.be/l9qe2jNltbE 33:15

część 18. Jak śnimy o górskich ścieżkach https://youtu.be/4cc-46Q-Hf4 33:51

część 19. Dolino, dolino, jaka jesteś długa https://youtu.be/xpNpgrGo2n8 41:05

część 20. Siedzieliśmy na Mnichu https://youtu.be/dmB36c4ozoI 35:20

część 21. Jak pan(i) się trzyma https://youtu.be/WOCQkv8-aAU 34:11

na bis 1. https://youtu.be/A2D8qSvjD4o 24:30

na bis 2. https://youtu.be/0q5L4DChXHE 28:19

Polecamy też:

Zapomniane Tatry 1. https://youtu.be/Xjblk5aNiMk 26:44

Zapomniane Tatry 2. https://youtu.be/4i5XVIDRptY 20:00





Odpowiedzi do TESTU – do pytań o nieparzystych numerach. Kursywą podany jest tytuł odpowiedniej piosenki i jej numer w spisie.

1. Starorobociańska – najlepsza, bo tatrzańska. Nie sposób jej nie lubić, w niej nie sposób się zagubić. Z nią się porównać nie da nawet słynne Morskie Oko, #1.

3. Ciepłe piwo i zimne parówki. Wejdą nie wejdą, #113.

5. Skręcenia, złamania, dyskopatia, przemieszczenia, jak również kłopoty z kolanem, łokciem i częścią ciała, która zwykle łączy nas z krzesłem. Ortopedyczna, #4.

7. Jest kilka: pracować od rana, brać udział w zawodach gryzoni – a należy też dorzucić konieczność spędzania nocy w dyskotekach. Upiorne jest życie młodzieży, #56.

9. Sześćdziesiąt sześć. Lat sześćdziesiąt sześć, #57.

11. W dziób. Niech żyje Klub, #42.

13. Femme fatale. Mówiłam ci, że rację mam, #68.

15. Szczerą ku sobie chęć. Jechał do Zakopanego. Ekspres Tatry, #2.

17. Mieli jeden śpiwór, ale na wypadek cholery dwa. Ballada młodych małżonków, #48.

19. „Posuńcie się, ja z wami chcę być dziś”. Siedzieliśmy na Mnichu, #19.

21. W ogóle nie była ubrana. Boczna morena, #18.

23. Gacie. Czy mi tu wiarę dacie, że byłem na Zawracie. #58.

25. Nie. Śpiewał przecież „złoty czterdzieści jedynie”. Złoty czterdzieści od metra, #24.

27. „Na grani granicie życie jak w Madrycie”. Tylko grań – tam nie wejdzie drań, #45.

29. Trwali. Po prostu sobie trwali. Moja peleryna, #3.

31. Najpierw wino, potem koniak, wódkę zwykłą, następnie żubrówkę i śliwowicę. Spotkałem kozicę raz w dolinie, #77.

33. Nie, był tylko „wpół rozpruty”. Buty, #21.

35. Okazało się, że pół litra to za mało, by wejść na Rysy, a ten szczyt należy do Korony Gór Polski. Do gór, do gór, #31.

37. Wysoki, średni i mały. Trzej taternicy z Morskiego, #51.

39. Poszedłby w góry. Gdybym miał kondycję, #36.

41. Z przystanku na pętli dowolny weź szlak. Autobus podmiejski, #71.

43. Był stromy. Stromym żlebem, #93.

45. Posolić – bo jak wieść niesie, bez soli są niesmaczne. Laponia, #52.

47. Nie. Jeden raz to za mało. Tak to już w górach bywa, #43.

49. Na przykład można się schować za nim – zarówno, gdy pada deszcz, jak i gdy świeci słońce. Poza tym da ci moc górskich wrażeń. Stukilowy towarzysz na grani, #28.

51. Nie. Amory pod jaworem, #17.

53. Piwo Lech. Beskidzkie trawy, #95.

55. Kłucie w bucie, a także i chucie. Karbie – skarbie, #14.

57. Była ruda. Ruda, #30.

59. Śledzie. Były gonione przez niedźwiedzie. Do gór, do gór, #32.

61. Marzyła mu się już dolina i herbata na szczycie. Marzyła mi się już dolina, #15.

63. Nie, bo nie dbamy o to, że nam zmarznie nos, lub upał nas dopadnie. W Polsce jest dużo gór, #61.

65. Wessał się w matczyną pierś. Drogowskaz na Zawracie, #80.

67. Nie. Cichy domku nasz klubowy, #102.

69. Na to pytanie odpowiedź nie jest znana. Wiosną halne wieją, #94.





Nasze piosenki

Oto spis tekstów piosenek zamieszczonych w 30 odcinkach „Przewodnika muzycznego Starej Roboty” (linki są podane wyżej). Dwa teksty (nr 62 i 67) są autorstwa Krystyny Krasińskiej, reszta moje, czyli Michała Szurka. Kolejność wydaje się przypadkowa – jest jednak zgodna z tym, co jest w kolejnych odcinkach. Jest też dużo „słowa wiążącego” Basi Kaczarowskiej i mojego własnego. Doliczyłem się, że nasz repertuar to ponad 120 piosenek. Niektóre piosenki się powtarzają (wtedy zamiast numeru są krzyżyki).


Odcinek 1.

  1. Dolina Starorobociańska

  2. Spotkaliśmy się w ekspresie „Tatry”

  3. Moja peleryna

  4. Piosenka ortopedyczna

  5. Ósma rano na Zwierówce

  6. Cieśniawy w Juraniowej

  7. Kasprowy, Kasprowy

  8. I będzie pięknie

Odcinek 2.

  1. Z babim latem

  2. Kuplety łojantów

  3. Stukilowy towarzysz na szlaku

  4. Mamy już ciepły kąt, cztery ściany i dach

  5. Tu już nie równina, tu klimat nie ten

  6. Karbie – skarbie

  7. Marzyła mi się już dolina

  8. Przy Czarnym Stawie leżę na trawie

Odcinek 3.

  1. Amory pod jaworem

  2. Boczna morena

  3. Siedzieliśmy na Mnichu

  4. Ach, kosówko zielona

  5. Buty

  6. Deszcz nam ochładza letnią noc

  7. Krywaniu, Krywaniu

  8. Złoty czterdzieści od metra

  9. Budzę się w schronisku

Odcinek 4.

  1. Na tym stoku pod Nosalem

  2. Starsze turystki dwie

xx. Stukilowy towarzysz na grani

  1. A tam koło Roztoki

  2. Ruda

  3. Gałęzie chcą objąć mnie raz po raz

  4. Do gór, do gór

  5. Zgubiłam kiedyś w lesie szlak

Odcinek 5.

  1. Pięć jezior

  2. Marna dziś pogoda

  3. Gdybym miał kondycję

  4. Czy ktoś z was w Rohackiej był dolinie

  5. Mówisz do mnie, że ja jestem zakręcony

  6. Piosenka logopedyczna

  7. O Łysej Polanie to śpiewka

  8. Plany górskie

  9. Niech żyje Klub (nagranie 2003)

Odcinek 6.

  1. Tak to już w górach bywa

  2. W tej sali klub i w tamtej klub

  3. Tylko grań – tam nie wejdzie drań

  4. Odpocznijmy sobie tu, na hali

  5. Poemat pieniński

  6. Ballada młodych małżonków

  7. Zapamiętam dobrze ten szlak

Odcinek 7.

  1. Żleb, drobny piarg, że aż buty się drą

  2. Trzej taternicy z Morskiego

  3. Laponia

  4. Malowany szlaku

  5. Na Babią Górę

xx. Ballada młodych małżonków

  1. Ballada o tym, że fajnie jest

Odcinek 8.

xx. Niech żyje Klub (2008)

  1. Upiorne jest życie młodzieży

  2. Lat 66

  3. Czy mi tu wiarę dacie?

  4. Powoli do grani, powoli

  5. Zielona czapeczka

  6. W Polsce jest dużo gór

  7. Uczciwy zbójnik

  8. Tam na nieboskłonie

  9. Góry, góry, góry stoją

Odcinek 9.

  1. W schronisku znaleźć ciemny kąt

  2. Jeżeli łoić, to nie indywidualnie

  3. Stoję na przełęczy

  4. Mówiłam ci, że rację mam

  5. Niezabudko ma, jasne słonko moje

  6. Bo blues jest wtedy

  7. Himalaiści

Odcinek 10.

  1. Autobus podmiejski

  2. Walczyk kampinoski (2008)

  3. Razem wybierzmy się dziś

  4. Do snu się kładę, bo już noc

  5. Raba, Raba, Raba, Raba

  6. Spotkałem kozicę raz w dolinie

  7. Zakopiańska ciuchcia

  8. Wiosną halne wieją

Odcinek 11.

  1. Drogowskaz na Zawracie

  2. Lat 60 dziś stuknęło nam

  3. Misiu, misiu

  4. Żurek

  5. Rzeźnia

  6. O partnerze, czy jesteś na dole

  7. Przesadnie piękni nie jesteśmy

Odcinek 12.

  1. Szuch i puch

xx. Trzej taternicy z Morskiego

xx. Tak to już w górach bywa

xx. Siedzieliśmy na Mnichu

xx. Deszcz nam ochładza letnią noc

  1. Nadłamaną gałązkę kosówki

xx. Stukilowy towarzysz na szlaku

  1. Plecak już w szafie na dnie


Odcinek 13. jest poświęcony ludowym piosenkom słowackim. Jest tam też „przewodnik kulinarny
po Tatrach”.


Odcinek 14. – fragmenty występu w „Południku Zero”, 27 I 2013.

  1. Cubryna, Cubryna

  2. Prześpiewane piosenki

  3. Beskidzkie trawy


Odcinek 15.

xx. Beskidzkie trawy

xx. Plecak już w szafie na dnie

xx. Do snu się kładę, bo już noc

xx. Przesadnie piękni nie jesteśmy

xx. Pociąg do gór


Odcinek 16.

xx. Śpiewam o Tatrach tak staromodnie

xx. Razem wybierzmy się

xx. Już szczyt, już cel

xx. Pijmy białe wino

Odcinek 17.

xx. W Polsce jest dużo gór

xx. Botaniczna

xx. Zielona czapeczka


Odcinek 18.

xx. Drogowskaz na Zawracie

xx. Czy mi tu wiarę dacie

xx. O, jaka biel

xx. Ja pojadę nad morze


Odcinek 19. – poświęcony Dolinie Kościeliskiej


Odcinek 20.

xx. Łojanci

xx. Amory pod jaworem

xx. Tak to już w górach bywa

xx. Karbie – skarbie

xx. Siedzieliśmy na Mnichu

xx. Do snu się kładę

xx. Walczyk kampinoski


Odcinek 21.

xx. Na Babią Górę

xx. Gałęzie mnie chcą objąć tu

xx. Tu już nie równina

xx. Walczyk kampinoski


Odcinek 22.

103. Cichy domku nasz klubowy

104. Przyjaźni dobry duchu

105. Pod Triglavem nocą zimno jest

xx. Żleb, drobny piarg, że aż buty się drą

106. Spódniczka-taterniczka

107. Wio, młodzieży

108. Ścieżką koło stawu od doliny

109. Na Kozi Wierch łatwo wejść


Odcinek 23.

110. Krupówki, ach Krupówki

xx. Prześpiewane piosenki

112. Ballada nasza jest najlepsza

113. Wejdą, nie wejdą

114. Stoi na pętli 708

115. Pożytki z mgły

116. Taternik w Ciechocinku


Odcinek 24. Ewa i Piotr (poświęcony Ewie i Piotrowi Misiurewiczom)


Odcinek 25.

  1. Gdy jest mgła, turyści się gubią

  2. Przewodnik kulinarny po Tatrach

  3. W Jaworzynce słonko dziś

  4. Deszcz, chmury i wiatr

  5. Stromym żlebem

  6. Wiosną halne wieją, śniegi tają.


Odcinek 26. O jedzeniu i piciu w górach

Odcinek 27. Zapomniane Tatry, I

Odcinek 28. Zapomniane Tatry, II

Odcinek 29. Limeryki górskie

Odcinek 30. „Stara Robota dookoła Wojtek” (poświęcony pamięci Wojciecha Wojtyńskiego)



Występy Zespołu

Baranie Rogi”:

  1. 23 IV 2003 – z okazji 50-lecia Klubu, w „Domu Polonii” przy Krakowskim Przedmieściu

Stara Robota”:

  1. 11 XII 2008 – w Klubie (siedziba ZG PTTK, Senatorska 11)

  2. 26 III 2009 – w Klubie, „Bo w górach jest ładnie”

  3. 24 IV 2010 – ośrodek kultury w Sulejówku

  4. 5 V 2010 – w Klubie, z okazji XX Zlotu Klubów Górskich

  5. 8 V 2010 – w Chacie w Ławach

  6. 12 V 2011 – w Klubie

  7. 26 IV 2012 – w Klubie, „Miesiąc w górach”

  8. 21 IX 2012 – w Klubie Lekarza Seniora

  9. 20 X 2012 – w Podkowie Leśnej, w wilii „Aida”

  10. 6 XI 2012 – w Klubie Garnizonowym

  11. 27 I 2013 – w „Południku Zero”, Wilcza 25

  12. 9 V 2013 – w Resursie

  13. 13 VI 2013 – w Resursie

  14. 16 IX 2013 – w klubie „Relax” na AWF

  15. 21 X 2013 – z okazji Walnego Zjazdu PTTK

  16. 20 XI 2013 – w klubie PTTK na Siekierkach

  17. 8 II 2014 – w „Południku Zero”, Wilcza 25

  18. 22 V 2014 – w Klubie, „Siedzieliśmy na Mnichu”

  19. 4 XII 2014 – w Klubie, „Siedzieliśmy na Mnichu”

  20. 8 II 2015 – w kawiarni „Kalinowe Serce”

  21. 16 IV 2015 – w Klubie, „Hej, kosówko zielona”

  22. 25 V 2015 – w kawiarni „Kalinowe Serce” (Tadeusz)

  23. 27 IX 2015 – w „Kalinowym Sercu”

  24. 10 XII 2015 – w Klubie, „I będzie pięknie”

  25. 3 II 2016 – w Mazowieckim Centrum Kultury, Elektoralna 12

  26. 21 IV 2016 – w Klubie, „Na prawo szczyt, na lewo wierch”

  27. 2 VI 2016 – w Klubie, „Na prawo szczyt, na lewo wierch”

  28. 29 IX 2016 – na Ogólnopolskim Przeglądzie Dorobku Artystycznego Seniorów

  29. 8 I 2017 – w kawiarni „Kalinowe Serce”

  30. 23 IV 2017 – w Klubie

  31. 23 V 2017 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3

  32. 19 VI 2017 – na Juwenaliach Trzeciego Wieku

  33. 6 XII 2017 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3

  34. 22 I 2018 – w Klubie „Relax” na AWF

  35. 19 IV 2018 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3

  36. 10 V 2018 – w Klubie

  37. 11 VI 2018 – „Senioralia” na AWF

  38. 25 II 2019 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3

  39. 9 V 2019 – w Klubie

  40. 15 V 2019 – w Kawiarni Międzypokoleniowej, Anielewicza 3

  41. 19 V 2019 – „Senioralia” na AWF

  42. 21 VI 2019 – Miejsce Aktywności Lokalnej, Marii Kazimiery 20

  43. 29 IX 2019 – Miejsce Aktywności Lokalnej, Zajączka 8

  44. 23 X 2019 – w Klubie Lekarza, Raszyńska 54

  45. 18 XI 2019 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3

……pandemia przerwała próby do występów w 2020….

  1. 30 III 2023 – w Kawiarni Międzypokoleniowej, Anielewicza 3

  2. 20 IV 2023 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3

  3. 25 IV 2024 – w Klubie

  4. 29 I 2025 – w Mazowieckim Centrum Kultury, Elektoralna 12

  5. 24 IV 2025 – w Klubie

  6. 23 IV 2026 – „Stara Robota na przestrzeni dziejów” – prezentacja naszych szlagierów,
    w Klubie



Wielkie słowa przebrzmią i odejdą

I tylko szmer potoków w dolinach zostanie,

I tylko będziesz, słysząc cichy młotka stukot

Szukał swych dawnych śladów w granitowej ścianie.

Inną wartość mieć będą kwitnące krokusy,

Pluszcz beztrosko skaczący z kamienia na kamień,

I sianem otulone ostrewki na łące,

I szare pyłu pokrowce na liściach podbiału...

Tomasz Wasilczuk