|
 |
Stołeczny Klub Tatrzański
przy
Oddziale PTTK MARYMONT
00-075 Warszawa, ul. Senatorska 11
|
Warszawa, 2 sierpnia 2026 r.
„Stara
Robota” na przestrzeni dziejów
Michał
Szurek
Tekst
dedykuję Alinie Wrońskiej z okazji Jej setnych urodzin
–
pięknego i nieczęsto spotykanego jubileuszu. Kłaniamy się Tobie,
Alu!
Od
2003 roku w Stołecznym Klubie Tatrzańskim PTTK istnieje swego
rodzaju „kabaret turystyczny” – „Stara Robota”. Bywalcom
Tatr nie trzeba przypominać, gdzie jest dolina Starej Roboty, czyli
Starorobociańska. A w tekście jest trochę wspomnień, trochę
refleksji i impresji o zespole. Zbierałem je z myślą i
Koleżankach i Kolegach z Klubu. Tekst nie tyle dubluje, co uzupełnia
informacje o nas zawarte w dwóch tomach książek o SKT: „Punkty
na mapie” i „Ścieżki na zboczach”. Inne informacje o „Starej
Robocie”, teksty i nagrania piosenek można znaleźć w Internecie
(linki na końcu tego tekstu) albo wpisać w YouTube „Stara Robota”
– coś się wtedy pokaże, najpewniej fragment naszego występu.
Łatwe
początki
Skąd
się wzięła „Stara Robota”, czyli „Swobodne Towarzystwo
Śpiewacze Stołecznego Klubu Tatrzańskiego”?
W
końcu sierpnia 1963 roku leżałem sobie na trawie nad
Starorobociańską Przełęczą, po trasie z Chochołowskiej (z
dojazdem z Zakopanego), granią od Wołowca. Kończyły się moje
bardzo długie wakacje pod Tatrami. Kondycja znakomita. Pewnie
wydzielały mi się jakieś endorfiny. Byłem zafascynowany
środowiskiem taternickim. Wspinaczka była wtedy sportem elitarnym,
dla intelektualistów, a w Murowańcu, Betlejemce, u Bustryckich,
w
Pięciu Stawach i przy Morskim Oku śpiewano z zapałem – między
innymi ludowe piosenki słowackie. Wyznacznikami przynależności do
tej grupy były dobre buty (wtedy trudno dostępne),
charakterystyczny plecak (typu „waciak” – od nazwiska
producenta, Franciszka Waciaka, albo słowacka horolezka)
i znajomość takich przebojów jak „To ta Heľpa”, „A tam koło
Lewoczy”, czy „Dunaj, Dunaj, ty szerokie pole”. Piosenki te
zbierał i popularyzował między innymi Maciej Popko. No i
wtedy, a więc 60 lat temu, pomyślałem sobie, że warto by stworzyć
własne piosenki, o własnych przeżyciach. Z młodzieńczym patosem:
żeby mieć jakiś cel chodzenia po górach. „Sprawdzić
samego siebie”
– to popularne wyjaśnienie nigdy mnie nie przekonywało.
Pomyślałem sobie: żeby pisać o tym jak było,
o czym
myślałem. Jak wiadomo, nie jestem w tym oryginalny. Takich książek
są setki.
Po
godzinie schodziłem już granią Ornaku, układając przyszłe
wspomnienia. Ale już po dojściu do Kir zapomniałem o tym na 39 i
pół roku. Dopiero, gdy widać było, że planowana na 2003 rok
jubileuszowa książka Klubowa nie powstanie, ten pomysł wypłynął
mi z zakamarków pamięci. Pewnej soboty usiadłem i napisałem kilka
piosenek. To prawda, pomogło mi w tym łagodne wino słowackie
„Červené kláštorné”. Na wszelki wypadek odłożyłem teksty
do poniedziałku, zrobiłem wiele poprawek i dopiero wtedy pokazałem.
I
oto pewnego lutowego popołudnia 2003 roku pięcioro członków
Stołecznego Klubu Tatrzańskiego usiadło do pierwszej próby
występu na 50-lecie SKT. Byli to: Barbara Kaczarowska, Elżbieta
Wojnowska, Irena Kozłowska, Marcin Kuczma i Tadeusz Guranowski.
Występ 23 kwietnia został entuzjastycznie przyjęty przez
uczestników obchodów rocznicy. Złożyło się na to kilka powodów.
Występ był w Domu Polonii na Krakowskim Przedmieściu i poprzedzony
był najpierw częścią oficjalną w siedzibie Klubu na
Senatorskiej, a potem piknikiem na tyłach tego Domu. Grill,
kiełbaski, szaszłyki, piwo. Członkowie zespołu obawiali się, że
może nie wystarczy dla nich piwa, bo przed występem powstrzymywali
się. Innym powodem sukcesu było pewne zaskoczenie.
Cofnę
się pamięcią do lat 1965-1970, kiedy z grupą przyjaciół ze
studiów jeździłem na różnego rodzaju rajdy, głównie w
Bieszczady i Beskid Niski. Gitara była obowiązkowym sprzętem.
Wieczorami śpiewaliśmy przy ognisku znane piosenki turystyczne.
Były one zawsze „o czymś”: o górach, przyrodzie, uczuciach i
zawsze były „do słuchania”. Coś chciały przekazać, choć
trzeba przyznać, że często było to bardzo nieudolne, egzaltowane
i nawet na granicy grafomanii. Jednak piosenka śpiewana przy górskim
ognisku brzmi zupełnie inaczej niż słuchana w domu, w telewizorze,
po sutej kolacji. Można powiedzieć, że cały nasz turystyczny
dzień był tylko niezbędnym podkładem do tej godziny, wieczorem,
przy prawdziwym ognisku – „prawdziwym”, bo na nim wszystko
gotowaliśmy. Te wieczory były kolejnym podkładem pod „Starą
Robotę”. Czy da się to wszystko opisać, zachować, przekazać?
Grupa
nazywała się „Bieniaszki”. Nie pamiętam, kto wymyślił.
Pamiętam ostatni nasz rajd. Nie wiedzieliśmy, choć przeczuwaliśmy,
że może być ostatni, bo wchodziliśmy w zakręt życia. Różnie
potoczyły się losy przyjaciół tej naszej grupy. Skojarzyły się
dwa małżeństwa – i różnie w nich bywało. Niektórym los sypał
kwiaty pod nogi, innym wyrządził dużo krzywd. Wiele lat później
napisałem na wspomnienie ostatniego wieczoru ostatniego rajdu taką
piosenkę, którą po latach bardzo polubiła Alina Wrońska:
Prześpiewane
piosenki
Na
rozstanie już czas.
Jeszcze
szukam twej ręki,
Jeszcze
szumi nam las.
Wiatr
świerkami kołysze
I
upaja jak rum.
Kiedy
jeszcze usłyszę
Najpiękniejszy
ten szum?
Prześpiewane
ballady,
W
ogień wzbijasz swój wzrok.
Mówisz,
że nie ma rady,
Że
wrócimy za rok.
Szemrze
strumyk na hali
I
ognisko się tli.
Szczyty
stoją w oddali,
Nasza
góra już śpi.
Prześpiewane
refreny,
Żal
nam będzie stąd iść.
Wszystko,
co dziś powiemy,
Jutro
będzie, jak liść.
Ale
chwile wracają.
Powiesz
mi wiele słów.
Przecież
góry czekają.
Z
tobą będę tu znów.
W
schronisku, przy ognisku, na wodzie, w ogrodzie
Jak
wszyscy wiemy, w środowisku turystycznym zawsze chętnie się
śpiewało: wieczorem przy ognisku, po wspinaczkowym dniu w
schronisku albo w dżdżyste
i nieprzyjemne popołudnie. W
Stołecznym Klubie Tatrzańskim też przez wiele lat zbieraliśmy
się na „śpiewatki” (określenie Eli Wojnowskiej). Wtedy modny
był w Polsce Bułat Okudżawa, Włodzimierz Wysocki, no i
wspomniane już ludowe piosenki słowackie. Ale było to stale to
samo, powtarzalne, nierzadko z niezbyt wyrafinowanym tekstem. A na
naszym występie, tym na 50-lecie Klubu, okazało się, że można
inaczej, że można wyjść
z czymś własnym,
charakterystycznym dla Klubu właśnie. Po prostu – o nas. I to
chwyciło. Na ponad dwadzieścia lat.
Tu
dygresja. Do tej pory w środowisku seniorów pamiętane są
„piosenki tamtych lat” – owe słowackie „ľudovki” :
Heľpa, u Dunaju širokeho, czyje są te konie, ešte tom sa
neożenil. A także morawskie. W 2006 roku jechaliśmy samochodem w
Małej Fatrze: Basia Kaczarowska, Elżbieta Król „Puchatek”,
Rysio Orliński i ja. Podwoziliśmy młodego turystę – tubylca.
Po krótkiej rozmowie wyjaśnił „Nejsem Čech, nejsem Slovak,
jsem Moravan,
z Hodonina, ale pewnie nie wiecie, gdzie to
jest”. Na to my spontanicznie zaśpiewaliśmy:
V Hodoníně
za vojačka ma vzali, moje vľasy na kratečko střiháli”.
Dygresja
do dygresji. Z dużym zdziwieniem i nawet żalem zobaczyłem, że
współczesna „młodzież” taternicka i alpinistyczna
(50-latkowie i młodsi) zupełnie tych piosenek nie zna. Można
nawet powiedzieć, że „wygłupiłem się” na prelekcji w PKG,
kiedy zaproponowałem, żebyśmy razem zaśpiewali, że koło
Lewoczy toczy się woda, której picie przynosi tylko szkody, bo
lepszym lekarstwem jest wino. A ilu jest „śwarnych chłopców”
w Helpie? Co zrobię, gdy moja miła wydaje się za mąż?
Aha
– nazwą zespołu nie była wtedy (w 2003) „Stara Robota” a
„Baranie Rogi”. To ja zaproponowałem taką nazwę. „Będzie
czytelną aluzją do naszej turystyki i trochę też do naszego
śpiewania” – tak sobie pomyślałem. „Bo przecież każdy
wie, gdzie są Baranie Rogi i co drugi członek SKT na nich był!”.
Propozycja Basi Kaczarowskiej, żeby była to „Stara Robota”,
nie przeszła. Nie udało się nam wtedy wystąpić powtórnie.
Zespół rozpadł się, również z powodu kilkuletniego wyjazdu
Tadeusza do Arabii Saudyjskiej. Ale poza tym najwyraźniej „jakoś
nie było woli”. Dopiero jesienią 2008 roku skrzyknęliśmy się
na nowo. Dołączyli: Alina Wrońska, Ewa Chałasińska, Krystyna
Dolebska, Krzysztof Romanowski, Krzysztof Tomaszewski i nasza
znakomita skrzypaczka Marysia Grochowalska, a wkrótce potem
Krystyna Krasińska, Wojtek Wojtyński i Marek Fijałkowski. Zespół
rozrósł się, może nawet ponad miarę. Niektórzy koledzy
wycofali się. Zmarli Ela Wojnowska i Krzysztof Tomaszewski. Chyba w
2015 roku pozyskaliśmy Włodka Tymowskiego, Irenę Byszewską,
Katarzynę Kozłowską („rany boskie, dwie Kozłowskie!”) i
Macieja Kostrzębskiego (którego zwaliśmy naszym skrzypkiem na
dachu). Jednorazowo wystąpili też Piotr Lutyk i Tomasz Traczyk. W
„castingu” odpadł Marek Gilewicz, choć gitarę opanowaną miał
na poziomie profesjonalnym. I on, i jego żona (Marysia Żuk),
oczekiwali jednak piosenek innej treści.
Zamiast
fotografii
Koleżanki
i Koledzy, kochani Starorobotnicy. Poświęcę po kilka zdań
każdemu
i każdej z Was. Nie piszę „wspomnień”, bo to
sugeruje jakiś czas przeszły. Na pewno nie będę obiektywny –
bo i co to znaczy w stosunkach międzyludzkich? Jest chemia albo jej
nie ma. U nas była i wciąż jest, prawda?
O
właśnie, co do chemii. Zacznę od Aliny
Wrońskiej.
Jeszcze 15 lat temu przeszliśmy się z Kasprowego w stronę
Czerwonych Wierchów. Jeszcze w tym roku Alina spędziła miesiąc
we Francji, rankiem pływając w morzu, po południu „zabierali
mnie w góry”. Wspomnę jeszcze, że gdy miała 80 lat,
przepłynęła jezioro Mauda na Suwalszczyźnie (około 400 metrów).
A
z chemią ma to ten związek, że Staszek Wroński był chemikiem.
Wspinali się trochę, nawet razem. U nas: Alina miała wyczucie
melodii, głos może za cichy do solówek, ale dobrze wychodziła
jej współpraca drugim głosem. Imponowało, że chce z nami być
jak najdłużej. Jedną z jej ulubionych piosenek była przytoczona
wyżej „Prześpiewane piosenki”.
Andrzej
Szajewski,
prezes SKT w latach 2012-2016. Nie był członkiem zespołu „Starej
Roboty”, ale po pierwsze bardzo nas popierał, zachęcał i
lansował w środowisku PTTK-owskim, a po drugie (co ważniejsze)
filmował prawie wszystkie nasze występy i właśnie dzięki niemu
jesteśmy na płytach DVD i na YouTube w sieci. Mawiał o nas: „nasz
zespół flagowy”.
Basia
Kaczarowska,
„nasza Basia kochana”. Polonistka, obdarzona doskonałą
pamięcią i głosem stworzonym do konferansjerki. Nie tylko –
pamiętamy jej charakterystyczne, niedoścignione (choć przecież
amatorskie) wykonania takich piosenek jak „Ruda”, „Na tym
stoku pod Nosalem”, czy „Stukilowy towarzysz na szlaku”. Tu
dygresja: większość tekstów piosenek „Starej Roboty” mojego
autorstwa nawiązywała do jakiejś autentycznej historii z
wycieczek. Tak było i z tymi trzema piosenkami. Co do „Rudej”,
to byłem kiedyś świadkiem podobnej kłótni na taborisku
przy Morskim Oku. Historia o facecie, który władował swojej
towarzyszce na plecy najcięższe swoje rzeczy jest wspomnieniem
pewnego Włodka (nie, nie Tymowskiego!!!), który miał skłonności
do takiego właśnie ułatwiania sobie wędrówki. No, a piosenka o
zaletach turysty z nadwagą to po prostu wspomnienie z mojego
wspólnego wyjazdu z Basią w Tatry Słowackie.
Elżbieta
Jaworska
– Koleżanka Wiceprezes, p.o. Prezes, Prezes, Wiceprezes –
któżby zliczył kadencje i wyliczył jej zasługi? To nie temat na
tutaj. Ela motywowała nas i zachęcała do kolejnych występów.
Bez niej Klub by się rozpadł.
Elżbieta
Wojnowska
– muzykolożka. Jej wykształcenie muzyczne i zaangażowanie
pozwoliło zespołowi stworzyć własny styl i charakter. Sama
bardzo chętnie i dużo śpiewała, z własnym akompaniamentem.
Niestety, odnowiona choroba nowotworowa zabrała ją, zanim jeszcze
„Stara Robota” zdołała wejść na szczyt powodzenia w
środowisku. Elżbieta była „ciekawym przypadkiem” – nie
znała gór z młodości, a polubiła je. Do Klubu trafiła przez
muzykę. Otóż do 1974 roku na ósmym piętrze Pałacu Kultury
Wydział Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego koegzystował z
częścią Wydziału Matematyki. Matematycy chętnie chodzili po
górach, a i śpiewać lubili. Reszty można się domyślić.
Opowiadała potem z humorem, jak Piotr Misiurewicz uczył ją
chodzenia w łatwym terenie skalnym. Swoim charakterystycznym głosem
mawiał: „Ty Wojnowska, ty chodź jak homo
sapiens
– na dwóch nogach!”. Byłem z Elą na jej ostatniej wycieczce;
w deszczu – za kilka dni mieliśmy wracać do Warszawy. W
towarzystwie jeszcze Basi wybraliśmy się na spacer z Kościeliska
na Halę Ornak. Lało. Dalej już nie było sensu. Basia wróciła,
ale ja i Ela zaliczyliśmy jeszcze Staw Smreczyński. Akurat
przestało padać na kilkanaście minut. Ela powiedziała: „a może
napiszesz coś o Stawie Smreczyńskim?”. Tak na pożegnanie tego
sezonu. Nim doszliśmy do Pisanej, miałem już tekst w głowie. Ale
nie powstała z tego piosenka, tylko wiersz. Jest on niżej.
Wszyscy mówimy: Elu, bardzo nam Ciebie brak!
Ewa
Chałasińska
– też obdarzona świetnym wyczuciem muzyki i rytmu, a także
tekstu. Bardzo przydatna była jej krytyka – najczęściej zresztą
pozytywna, a zawsze konkretna. Tu trzeba powiedzieć, że członkowie
zespołu mieli różne gusty i bywało, że pewne piosenki miały
skrajne opinie. Kłótnie o to między nami nigdy nie były ostre i
chętnie przystawaliśmy na kompromis, w imię wyższych celów.
Wszyscy zrozumieli aluzję? A tak na marginesie, to szkoda, Ewo, że
miałaś mocne postanowienie, żeby nie śpiewać solówek.
Irena
Byszewska,
„Matyldą zwana” – chodziło o odróżnienie jej od drugiej
Ireny,
o której niżej. Rany Julek – jej temperament
dorównywał sumie temperamentów wszystkich pozostałych członków
zespołu. Przydawało się to bardzo, gdy chodziło o sprawy
organizacyjne, bo ktoś musiał dyscyplinować zespół, bo piszący
te słowa nie miał do tego stosownego charakteru – a reszta
zespołu to byli Artyści. Irena bardzo angażowała się w prace
zespołu. Zdziwiłem się nieco, gdy okazało się, że jest tak
nieśmiała, że nie potrafi poprosić mnie o napisanie dla niej
jakiejś piosenki. Odpowiedziałem, że dla pięknych pań jestem
zawsze do usług i kilka piosenek powstało („Amory pod jaworem”).
Niestety, sprawy rodzinne w ostatnich latach ograniczały jej
zaangażowanie.
Irena
Kozłowska
– „człowiek-legenda”, spoiwo SKT. Tu krótko o niej, bo chcę
się mniej więcej trzymać „Starej Roboty”, a o Irenie można
by napisać pracę doktorską, a co najmniej rozdział w
encyklopedii, chociaż przecież spektakularnych osiągnięć nie
miała. Nie była nawet na Mount Evereście, gdzie teraz trzeba
ustawiać się w kolejce, jak w PRL po żółty ser. Była turystką
i taterniczką, określmy to: „nieekstremalną”. Z nią
chodziło mi się zawsze dobrze po Tatrach. Niezapomniany Gierlach
we mgle 1970… pogoda była ładna, ale po graniach chodziły
„mraki” – suche mgły. Trudno było znaleźć drogę.
Zgubiliśmy ją na podejściu, ale na grani jakoś się udało. O
zmierzchu moczyliśmy nogi w Batyżowieckim Stawie. Irena miała
kształcony głos, doświadczenie zarówno muzyczne, jak i górskie.
W repertuarze miała dużo piosenek rosyjskich, również
alpinistycznych – z czym do połowy lat „dziesiątych”
obecnego stulecia można się było wychylać. Dzisiaj nie mamy
ochoty używać języka agresora.
Katarzyna
Kozłowska
(„rany boskie, dwie Kozłowskie”) – była wyjątkowa pod
różnymi względami. Po pierwsze: znacznie zaniżała nam średnią
wieku. Po drugie: nie chciała śpiewać solówek, choć
(dziękujemy) dała się namówić kilka razy i było to, że tak
powiem, zdecydowanie nadzwyczaj bardzo świetne!!! Ograniczała się
do gitary i śpiewu
w chórku. Bylibyśmy dla niej dobrym
zespołem, gdybyśmy byli młodsi i do tego roztańczeni. Tylko raz
udało jej się zatańczyć walca z Tadeuszem. Miała bardzo stresującą pracę, mieszkała
daleko od miejsc, gdzie spotykaliśmy się i nieraz miała do nas
jak najbardziej słuszne pretensje, że odwołujemy spotkania w
przedostatniej chwili. Muszę tu napisać, że umawianie się
stawało się coraz trudniejsze w ostatnich latach. Znów działał
ten niedobry, złośliwy Pesel, a kilka „podprzyczyn” to: wizyty
lekarskie, złe samopoczucie, bardzo starzy rodzice, ale i
niespodziewane wyjazdy… i tak dalej.
Krystyna
Dolebska
– dobrze wychodziły jej nastrojowe piosenki górskie. Miała
doskonałe ich wyczucie (może z racji przeszłości taternickiej),
a niski głos znakomicie to podkreślał. Akompaniowała sobie sama
na gitarze. Niestety, i ona od około 2015 roku powoli wycofywała
się. Mieszkała pod Otwockiem i dojazdy na wieczorne próby były
dla niej coraz trudniejsze. Często odwoziłem ją po próbie albo
po występie – i do domu wracałem po północy. Bardzo lubiłem
jej wykonanie piosenek o Cieśniawach w Juraniowej, o wycieczce ze
Zwierówki przez Rakoń, Grześ i dolinę Łataną, a poza tym
„Deszcz nam ochładza letnią noc” i „Pięknie, fajnie i
pięknie”. Ta piosenka jest pod melodię Nohavicy o tym, jak to
będzie „fajnie i pięknie”, kiedy on sobie już umrze.
Żachnąłem się na sugestię Ewy, żebym napisał inny tekst do
tej melodii, „nie będę pisał o tym, jak to dobrze, kiedy sobie
ktoś umrze!”. Ale potem pomyślałem, że są inne powody do
radości. Piosenka się udała. Można ją nazwać liryczną, a
można „przesłodzoną”. Rzecz gustu. Krystyna miała świetną
pamięć do tekstów piosenek. Nie potrzebowała ściągawki. Inni –
oj, różnie z tym bywało. Nawet niżej podpisany mylił się, gdy
recytował własne wiersze.
Krystyna
Krasińska
– obdarzona autentyczną vis
comica.
Jej wykonaniom dodawały uroku wcale liczne „wpadki”, z których
prawie zawsze potrafiła wdzięcznie wybrnąć tak, że tylko zespół
zauważał, że coś jest inaczej, niż miało być. Dobierała
sobie zawsze charakterystyczne stroje, a raczej tylko akcenty
(chusta, opaska, wachlarz, pióra). Świetna była w swojej własnej
przeróbce arii
z Carmen („Mówiłam ci, że rację mam…),
gdzie zamiast „amour, amour” pojawia się „na mur, na mur” –
chodzi o to, że mąż, który nie słucha jej rad, na pewno źle
skończy. Ja osobiście podziwiam też jej wykonanie piosenki
„Krupówki, ach, Krupówki”. Wspomniałem już, że wiele moich
tekstów powstało z moich szczerych myśli i drobnych faktów. Otóż
spędzałem kilka letnich tygodni
w Kościelisku i
autentycznie ciągnęło mnie wtedy do tych zatłoczonych Krupówek,
a Krysia umiała to ładnie przekazać. Jak również i to, po co
chodziła w góry – w innej piosence, śpiewanej
z Włodkiem
(p. niżej). Chcę ją wyróżnić za to, że przełamała mój
monopol na pisanie tekstów
i napisała kilka własnych,
udanych – w tym wspomniane „Mówiłam ci, że rację mam”, a
także „górską” podkładkę pod arię z „Madame Butterfly”.
Bardzo miło było na Ciebie patrzeć, Krysiu.
Krystyna
Stańczak-Pałyga
– w początkach istnienia „Starej Roboty” próbowała nas
dyscyplinować, potem dała za wygraną. Zwracała dużą uwagę na
dykcję i ogólniej, na ekspresję. Miała doświadczenie – od lat
kieruje własnym chórem „Iubilus”. Sama jest ekspresyjna,
energiczna i zdecydowana, a niektórzy członkowie zespołu nie byli
chętni, by się jej podporządkować. Trudno jest kierować
zespołem „z doskoku”. W roli opiekunki muzycznej sprawdzała
się natomiast Elżbieta Wojnowska.
Krzysztof
Romanowski
– bardzo ładny głos, zdolności aktorskie. Wraz z drugim
Krzysztofem tworzyli niezapomniany duet „K2”. Pamiętacie ich
„kuplety łojantów”? Szkoda, że porzucił nas i przeszedł do
bardziej profesjonalnego chóru Krystyny S.-P.
Krzysztof
Tomaszewski,
„Bończa”. Miał duże doświadczenie taternickie
i w
piosenkach odnajdywał sam siebie. Wspomniałem już o duecie „K2”.
Z Elą Wojnowską wykonywał „bardzo damsko-męską” piosenkę
turystyczną. Pamiętam opowieści o nim mojego starszego brata,
Adama: „Bończa zawsze się wzruszał”. Pamiętam słowa
Krzysztofa na występie w roku 2009: „życzymy wam choćby połowy
tych wzruszeń, jakie my mieliśmy, przygotowując ten program”.
Zmarł w 2010 roku (rak trzustki). Miał jeszcze wiele do
powiedzenia.
Maciej
Kostrzębski
– nasz „skrzypek na dachu”. Nie był zawodowym muzykiem, ale
grał na tyle dobrze, że przez lata był członkiem orkiestry,
towarzyszącej chórowi Politechniki Warszawskiej. Przez pewien czas
mieliśmy z tego powodu kłopoty – Maciek grał „forte”,
głośno, jak najgłośniej, i zagłuszał nasze kameralne występy.
Po pewnym czasie sytuacja uległa poprawie i z Marysią Grochowalską
tworzyli piękny duet. Ale na wszelki wypadek siedział zawsze z
boku, na końcu rozciągniętego zespołu. Chciał zaśpiewać
samodzielnie jakąś piosenkę. Poczyniliśmy wstępne próby… i
okazało się, że Maciek nie żyje.
Marcin
Kuczma
– uprawiał samodzielną turystykę tatrzańską, a także i
wspinaczkę. Pół wieku temu Tatry nie były tak zatłoczone jak
dzisiaj i turystyka pozaszlakowa (choć zabroniona) była
tolerowana, zwłaszcza po stronie słowackiej, i to było coś dla
Marcina.
Z naszego podwórka: miał opanowaną gitarę, bogaty
repertuar piosenek turystycznych
i znał się na muzyce. Nie
miał donośnego głosu, co ograniczało jego możliwości
„estradowe”. Porzucił zespół dość wcześnie (2009).
Marek
Fijałkowski
– himalaista, brał udział w wyprawach Andrzeja Zawady. Wystąpił
dwa albo trzy razy z nami w 2009 i 2010 roku. Podobało mu się.
Marek
Gilewicz
– zwany „generałem”. Istotnie, był wysokim oficerem LWP
(może majorem, może nawet pułkownikiem). Miał zresztą taki
„wojskowy” wygląd. Swego czasu dobrze się wspinał. Gitary
używał nie tylko do akompaniamentu. Grał na niej profesjonalnie,
jak artysta. Nie wystąpił z nami ani razu, a wspominam go z tej
racji, że namawialiśmy go i jego żonę, aby dołączyli. Ale
chcieli mieć własny repertuar.
Marysia
Grochowalska
– znakomita, zawodowa skrzypaczka (grała w Teatrze Wielkim).
Pięknie ubarwiała każdą naszą piosenkę. Też z biegiem lat
odstawała od nas, poświęcając się grze we własnym zespole
kameralnym (w którym między innymi jej syn grał na kontrabasie).
Byłem z nią na kilku wycieczkach tatrzańskich. Była bardzo miła,
koleżeńska. Trochę roztargniona. Przy jednym ze stawów Rohackich
zostawiła telefon
i goniła nas pod górę młoda Słowaczka.
Z rozmowy z nią wiem, że telefon komórkowy to po słowacku
„mobilka”, a „nie ma za co” to „za malo” (czyli, że to
za mało na serdeczne podziękowania). O świetnym akompaniamencie
Marysi wspominam w kilku innych miejscach tego tekstu.
Piotr
Lutyk
– znany większości Koleżanek i Kolegów z SKT. Trochę się
wspinał (zimowe wejście na Gierlach, trasy w Pięciu Stawach i nad
Morskim Okiem). Zawarłem
z nim znajomość w ciekawych
okolicznościach. Był rok 1968, jeszcze lipiec (przypominam
wszystkim, że w sierpniu najechaliśmy Czechosłowację). Piotr
jeździł od lat ze swoją mamą w Tatry, głównie do schroniska na
Hali Ornak (układy z ówczesnym kierownikiem). Któregoś roku mama
zachorowała, krótko przez wyjazdem. Piotr (i jego kolega Andrzej)
byli wtedy jeszcze niepełnoletni i mama poszukiwała kogoś, hm,
odpowiedzialnego i znającego góry. Znalazła mnie…i spędziliśmy
z Piotrem i Andrzejem niezapomniane trzy tygodnie na Hali Ornak,
buszując po górnych piętrach Kościeliskiej, gdzie się dało (a
potem kilkanaście dni w Betlejemce). Czasy były inne – rezerwat
na Pysznej już istniał, ale kierownik schroniska mówił do nas:
„nic się nie stanie, kiedy trzy osoby przejdą się tamtędy na
Siwą, powiem strażnikom, żeby was nie ruszali, tylko nie
afiszujcie się zanadto pod samą przełęczą, żeby nie drażnić
innych turystów”. Chodziliśmy sobie wszędzie, czując
przyzwolenie. Zacytuję: „Z Piotrem L. chodziliśmy po Cielęcych
Tańcach; jeszcze dzisiaj bolą kości po tamtych łamańcach”.
Wpadliśmy tylko w szpony strażnika TPN w Chochołowskiej, na grani
między Bobrowcem a Parzątczakiem. Ale wracając do „Starej
Roboty” – przeznaczyłem dla Piotra piosenkę o zabłąkanym
turyście, który znalazł się na Polanie pod Wysoką i chciał
stamtąd dojść do Morskiego Oka „na przełaj”. Niestety, Piotr
zafałszował niemiłosiernie, co nie zmniejszyło mojej sympatii do
niego. Ale do „Starej Roboty” nie wrócił.
Tadeusz
Guranowski
– no cóż, nasz filar, od pamiętnego pierwszego występu
23
kwietnia 2003 roku. Gitara, śpiewanie. Był amatorem, bez
formalnego wykształcenia muzycznego, ale znakomicie dobierał
akordy i… rozróżniał tonacje, a ta umiejętność nie była
powszechna w zespole. W ostatnich latach bez niego nic by się nie
udało – a w każdym razie nic by nie wyszło z naszej klasycznej
„śpiewogry”. Muszę tu powiedzieć, że przed „Starą Robotą”
w SKT były precedensy: w latach osiemdziesiątych Basia Kaczarowska
i Kacper Miklaszewski odgrywali scenki ze starych przewodników („Do
Tatrów fraka się nie wozi, ani sukni balowej”), a w 1997 roku
Basia i niżej podpisany zaprezentowali dwukrotnie seans poezji
tatrzańskiej. Wracając jednak do Tadeusza, zaganiał nas zawsze do
„ruchu scenicznego”, co wychodziło nam, powiedzmy, na trzy z
plusem. Tadeusz umiał dobrać interpretację do naszych
charakterystycznych piosenek, wspomnijmy „Buty”, „Piosenkę
ortopedyczną”, „Moje życiowe pasje”. W ostatnich latach był
eksploatowany przez nas bardzo mocno. Wychodził z próby z bólem
palców.
Na
występie w 2003 roku Tadeusz zaśpiewał pierwszą moją piosenkę
napisaną dla „Starej Roboty”. Zaczynała się słowami „Marzyła
mi się już dolina…” i była podłożona pod melodię Wojciecha
Młynarskiego „Marzyła mi się ta dziewczyna…”, jak mówił
sam Młynarski, taka melodia „bossanovowata”. Ale dla mnie było
to wspomnienie kilku wejść na Granaty. Każde było
charakterystyczne, emocjonalne – ale nie z powodu trudności.
Wspomnę tylko słowa tej piosenki: „migotał Czarny Staw
prześlicznie”. Istotnie, docenia się widok z Granatów, gdy
wejdzie się tam aż z Zakopanego, w miłej kompanii.
Tadeusz
wpasował się ładnie wiele razy właśnie w te moje teksty, które
najbardziej lubiłem. Sam mówił, że szczególny sentyment ma do
tekstu „o swoich życiowych pasjach”. Wczuwał się w piosenki
związane, że tak powiem, ze swoim zawodem fizjoterapeuty
(„Ortopedyczna”, „Taternik w Ciechocinku”), a szczególnie
świetny był w piosenkach komicznych („Buty”, „W Jaworzynce
słonko dziś”, „Wejdą, nie wejdą”, „Piwo”, „Piosenka
młodych małżonków”, „Spotkałem kozicę raz w dolinie”,
„Laponia” itp.).
Tomasz
Traczyk
– mój znajomy z Wydziału Matematyki. Grał ładnie na gitarze,
ale zupełnie nie przyjął się w zespole. Wystąpił z nami tylko
raz.
Włodek
Tymowski
– oprócz udziału w grupie wystąpił w duecie z Krysią
Krasińską w bardzo trudnej piosence, gdzie każda ze stron śpiewa
inny tekst. Chodziło o to, że partnerka gna w góry, szybko i jak
najwyżej, żeby „móc przewietrzyć sobie biust”, a partner nie
nadąża za nią, a w ogóle góry mało go obchodzą i marzy, by
sobie poleżeć na trawie. Muszę się tu przyznać, że ten tekst
ma wiele wspólnego z prawdziwym zdarzeniem, w którym brałem
udział (przy czym to nie ja chciałem przewietrzyć sobie to czy
tamto). Różnica jest taka, że ja nadążałem. I jeszcze jedno:
przez lata obywaliśmy się bez sprzętu nagłaśniającego, ale gdy
taki nastał, to tylko Włodek umiał go uruchomić.
Wojciech
Wojtyński
– czy pamiętacie fragment piosenki Skaldów z tekstem Wojciecha
Młynarskiego: „lecz
ten bas, nie myślcie o nie, mówić pas nie myślał o nie; ćwiczyć
jął niby lew, by świat wielbił jego śpiew”?
Cały Wojtek. Wyluzowany, spokojnie przyjmujący uwagi, że nie
trzyma rytmu ani melodii, a i ze słowami nie zawsze mu wychodzi. I
tak był świetny w „Pelerynie”, w „Gdybym miał kondycję”,
a szczególnie w piosence, jak to przy Czarnym Stawie leży na
trawie i cieszy się życiem. Taki był na co dzień, również we
wspinaczce i turystyce górskiej. Luz-blues. Zawsze oczekiwaliśmy z
napięciem, czy
w piosence „o piwie” znów zaśpiewa
„Pierwsze łyki piwa – czyste pożądanie, to jakby
z
kobietą siedzieć
na tapczanie” zamiast „leżeć”.
Sam to argumentował, że pożądanie jest wtedy, gdy się jeszcze
siedzi, bo potem ma to już inną nazwę, czym wzbudzał zachwyt
Koleżanek.
Wrócę
jeszcze do piosenki o pelerynie – starej, brezentowej, już
wypłowiałej, ale jakże romantycznej – nie to, co dzisiejsze
jednorazówki. Wojtek śpiewał to tak sugestywnie, że każdy
widział tę jego pelerynę, która „opatulała go z jego
dziewczyną”.
„Stara
Robota”
Szukam
w pamięci, czy jeszcze ktoś otarł się o naszą „Starą
Robotę”. Od strony udziału w występach, to już chyba wszyscy.
Pozostaje grupa, powiem otwarcie, wielbicieli. Wymienię tu tylko
Olę Domańską (czyli, jak sama siebie określa, „Kozłowską
młodszą”), która zawsze zachęca nas słowami „ducha nie
gaście”. Co też staramy się czynić.
W
2008 roku nazwaliśmy się już „Starą Robotą”. Ku naszemu
zaskoczeniu i po tej zmianie wielu naszych słuchaczy nie kojarzyło,
że nazwa ma jakiś związek z jednym
z odgałęzień Doliny
Chochołowskiej. Na jednym z występów (w 2019 roku, w Śródmiejskim
Domu Kultury na Smolnej), pani dyrektor ośrodka mocno sugerowała
zmianę nazwy, uważając, że stara robota będzie zniechęcająca,
sugerująca niezdarnych staruszków. Oczywiście na widowni był
komplet. Wiele razy na występach mówiliśmy na początku, że
nazwa zespołu nie pochodzi od średniej wieku członków. Ale w
ostatnich latach ten żart stracił swoją siłę nośną.
Przeciętna wieku rosła nam szybko.
Spis
naszych występów jest poniżej. Przez wiele lat próby odbywaliśmy
u Basi Kaczarowskiej, na Poznańskiej. Każdy miał w miarę dobry
dojazd, choć coraz trudniej było dojechać samochodem (pewnego
razu krążyłem 45 minut, zanim znalazłem miejsce i potem już
nigdy samochodu nie brałem). Basia przeprowadziła się jednak na
Żoliborz (na granicy Bielan i Bemowa) i co gorsza, podupadła na
zdrowiu. Próby odbywaliśmy wtedy
w gościnnych mieszkaniach
Tadeusza, Kasi i Wojtka Wojtyńskich oraz Krysi i Andrzeja
Krasińskich. Każde z tych miejsc miało swoje wady i zalety. Dla
piszącego te słowa mieszkanie Tadeusza było bardzo daleko.
Jeszcze gorzej miała Katarzyna, dojeżdżająca
z Bródna, a
potem z Targówka. Wygodnie było u Wojtyńskich, na parterze w
domku przy Krasińskiego, ale tam za bardzo troszczyła się o nas
żona Wojtka, Kasia, serwując zbyt smaczne kolacje. U Krasińskich
były schody. I to dosłownie: strome schody i ciasne ursynowskie
mieszkanie. Stawało się to problemem. Ale spotkania były urokliwe
i miały swoją niezależną wartość. Jeszcze raz wspomnę, że
podkreślił to w jednym z programów Krzysztof Tomaszewski, mówiąc,
że życzy publiczności choćby części tych wzruszeń, które my
mieliśmy, przygotowując program. To właśnie nas łączyło i
sam występ był tylko miłym, nawet nie całkiem koniecznym
dodatkiem do spotkań i prób. To
sa nevratí.
Chociaż…?
Dostaliśmy
kilka nagród i wyróżnień na różnego rodzaju konkursach. Byłoby
ich więcej, gdybyśmy o nie bardziej zabiegali. Prawie wszystkie
nasze sukcesy poza Klubem zawdzięczamy zaangażowaniu Tadeusza
Guranowskiego. Przede wszystkim należy wymienić tu nasze drugie
miejsce w Ogólnopolskim Przeglądzie Twórczości Artystycznej
Seniorów we Włocławku w 2016 r. Uważam, że zajęliśmy „tylko”
drugie miejsce również dlatego, że konkurowaliśmy z
półprofesjonalnymi zespołami z ludowym repertuarem. Pamiętam
autokar z zespołem z Lubelszczyzny, w strojach regionalnych, z
zespołem instrumentalnym. Organizatorzy wyraźnie nie umieli nas
zakwalifikować. Tadeusz dostał nagrodę za wykonanie, ja za
teksty.
Zdobywaliśmy
też wyróżnienia na różnego imprezach typu „Juwenalia
Trzeciego Wieku”. Tadeusz wielokrotnie występował z recitalami w
różnych ośrodkach kultury.
Gdy Rosja nie pokazała jeszcze
w pełni swojego barbarzyńskiego oblicza, Tadeusz wystąpiłw
konkursie, organizowanym przez ambasadę, poświęconym
Włodzimierzowi Wysockiemu. Jako jedyny nie kopiował istniejących
wykonań, a pokazał coś nowego,
a mianowicie kilka moich
(M.Sz.) adaptacji. Przy okazji warto wspomnieć też jedno podobne i
charakterystyczne „niepowodzenie” Tadeusza. W konkursie o „The
Beatles” jako jedyny nie imitował ich wykonania, tylko zaśpiewał
piosenkę z polskim tekstem (związanym ze „Starą Robotą”) –
co nie zostało docenione, bo wyniki konkursu był znane, zanim się
rozpoczął. Potwierdziło to nasze nabyte mniemanie o sobie, że
przy całej amatorszczyźnie jesteśmy wyjątkowym zespołem dla
wyjątkowej publiczności. W latach 2016–2019 byliśmy u szczytu
formy.
Członkowie
zespołu otrzymali – w różnych latach – Złotą Odznakę SKT.
Wspomnę też dwa moje wyróżnienia, związane ze „Starą
Robotą”. W 2013 roku dostałem ministerialne odznaczenie
„Zasłużony dla Kultury Polskiej”, a w 2023 roku Srebrną
Honorową Odznakę PTTK. Bardziej od tych wyróżnień cenię sobie
(ja, M.Sz.) to, że na każdym naszym występie był nadkomplet.
Paradoksalnie, cieszy mnie i to, że „ogólna publiczność” nie
chwytała naszych piosenek. Żeby je docenić, trzeba znać i czuć
Tatry. Po rozmowie z Andrzejem Zawadą, na rok przed jego śmiercią,
który nigdy „z Tatr nie wyjechał”, napisałem nastrojowy tekst
Wiosną
halne wieją, śniegi tają
oraz Himalaistów
–
równie sentymentalną przeróbkę Okularników
Agnieszki Osieckiej.
No
właśnie, teksty piosenek brały mi się najczęściej z własnych
wspomnień, refleksji, obserwacji, nastrojów i wrażeń. Jeden
przykład już był („Prześpiewane piosenki”). Zamiast
teoretyzowania, podam kilka dalszych. Teksty #13, #14 i #15 (numeru
ze spisu poniżej), a więc o Czarnym Stawie i Karbie pochodzą ze
wspomnień krótkich wycieczek, gdy miałem kilkanaście lat. Byłem
pod wrażeniem lektur książek i przewodników górskich, i
podobało mi się porównanie, że za Karczmiskiem zostawiamy świat
zabaw i balów Zakopanego, a witamy Tatry. Czarny Staw Gąsienicowy
był wtedy samoistnym celem wycieczki, a Karb był już wysokogórską
turą. Po kilku latach wciąż urzekał mnie widok z góry na Staw,
a on sam stawał się końcem wycieczki, gdzie po Orlej Perci można
było usiąść i chłonąć góry. Zamknąć oczy i żałować, że
już koniec na dzisiaj. Napić się i cieszyć własnym zmęczeniem.
Obrazek
1.
Nad
Czarnym Stawem Gąsienicowym
W
sierpniowe popołudnie
Grupy
młodzieży
Za
nimi Krzyżne Granaty Kozi Zawrat
Wszyscy
rozradowani
Idą
szybko
Zostawiając
góry
Do
których tęsknić będą
Jak
do młodości
Obrazek
2.
Początek
piosenki #22. Konkretne góry, konkretne schronisko, konkretna
osoba. Niektórzy członkowie zespołu uważali tę piosenkę za
zbyt cukierkową. Ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Na
występie bardzo liryczny podkład skrzypcowy dawała do tego
Marysia Grochowalska.
Deszcz
nam ochładza letnią noc.
Otula
góry mgła już w koc.
I
kończy się nasz wieczór,
I
kończy się nasz wieczór.
Przekazać
kilka słów nam chce
Tak
prosi: „wysłuchajcie mnie”
Przyćmiony
płomień świecy.
Gdzieś
góry są, gdzieś góry są.
Tak
proszę, blisko przy mnie siądź.
Czy
widzisz płomień świecy?
Obrazek
3.
Grań
z Małej Wysokiej w kierunku Staroleśnej, na pograniczu wspinaczki.
Wrzesień 1970. Powrót przy księżycu. Nie mieliśmy latarek, ale
było ciepło i była pełnia.
Gdybym
był ptakiem
Udałbym
się na wakacje do Zakopanego
Pierwszego
dnia wzleciałbym z Nosala nad Dolinę Bystrej
Która
przecież wprowadzała w Tatry
Wszystkich
niefruwaczy
Drugiego
wyjechałbym kolejką i korzystając z Schengen
Spadł
w Cichą a potem Tomanową i Kościeliską do domu
Potem
Kominy Tylkowe bo tam mieszka arystokracja orzeł z małżonką
Oczyszczę
tylko piórka i poćwiczę ukłony
Na
Giewont nie bo tam dużo ludzi a oni płoszą ptaki
Kiedy
bym nabrał kondycji
Poleciałbym
na wysoką grań i fruwał bez wysiłku z jednego szczytu na drugi
Po
Orlej Perci po grani nad Morskim Okiem po Gierlachu po Widłach
Gdybym
był ptakiem
To
wtedy zacząłbym zazdrościć ludziom
Że
mogą chodzić
Obrazek
4.
Z
Zakopanego nie widać Salatyńskiego Wierchu (chociaż widać
Osobitą). Ale z Giewontu już tak. Pociągał mnie ten szczyt. To
znaczy Salatyn, niekoniecznie Giewont. Wszedłem, mając już 70
lat (ale pomógł wyciąg na Brestową). Widok był taki, jakiego
się spodziewałem. O taki:
Widok
z Salatyńskiego Wierchu
Giewont,
Rysy, Świnica – małe kopce mrówek.
Rohacze
i Wołowiec, Bystra, Goryczkowe…
Jak
daleko na Halę? Godziny graniówek
Dodaję
i nie wierzę: błędy rachunkowe?
Sprawdzam:
sześć, sześć i osiem, potem jeszcze cztery.
Cała
doba na graniach. Tak, dwadzieścia cztery.
Zatem
od gór młodości dzieli mnie dzień tylko.
Nie,
jak myślałem, lata!
Czas
jest jedną chwilką!
Obrazek
5.
Nad
Stawem Smreczyńskim byłem po raz pierwszy w 1958 roku. Nie
zachwycił mnie – ani wtedy, ani przez wiele następnych lat.
Powoli, powoli zaczęliśmy się wzajemnie lubić. Jeszcze pamiętam,
Elu, jak staliśmy, blisko siebie, nad stawem. Potem usiedliśmy.
Zapadał zmierzch.
Pan
z siwymi włosami i pani niemłoda
Stali
nad górskim stawem przy końcu jesieni
Patrzyli,
jak się wszystko kolorami mieni.
Jesienne
było niebo, jesienna pogoda.
Znali
ten staw. Urzekła ich jego uroda.
Drzewa
wokoło stały w brązie i czerwieni.
Ściemniało
się. Nie było już słońca promieni.
Już
nikt się nie pojawił. Pociemniała woda.
Nazajutrz
przyszła zima. Staw okrył się bielą.
Lecz
nim się zjawią tutaj narciarze niezmienni,
Odpocznie
brzeg i głębia pod śnieżną pościelą.
Pokryta
grubym lodem wspomni może woda
Jak
tu byli ostatni turyści jesienni –
Pan
z siwymi włosami i pani niemłoda.
Obrazek
6.
Pamiętam
swoje „pierwsze Pięć Stawów” – z Zakopanego przez Zawrat
do Morskiego Oka. Koniec sierpnia 1963. Z przewodnika Nyki
dowiedziałem się wcześniej o ich uroku, o łagodnych łąkach,
kwiatach i sennie brzęczących owadach. I oto dwa (!) teksty do tej
samej melodii „Moon River” z filmu „Śniadanie u
Tiffany’ego”(1961), z Audrey Hepburn. Pierwszy tekst jest o
Dolinie Pięciu Stawów, drugi o Morskim Oku – wtedy jeszcze
niezaśmieconym i niezadeptanym dziesiątkami tysięcy stóp
dzienne. Nie wiem, może i teraz można się nim zachwycać. Kiedyś
to na pewno. Żadne widoki górskie nie mogły się równać z
Morskim Okiem, zarówno tym widzianym ze schroniska, jak i z Drogi
Po Głazach.
Pięć
jezior
Skryło
się wśród traw
To
azyl od złych spraw
To
wiesz
Kwietne
hale
Patrz
na skale
Przyjazna
kozica
zapytać
mnie chce
Mów
dokąd
dokąd
chciałbyś pójść
Ja
poprowadzę cię
gdzie
bądź
Choć
mamy
Niezależny
szlak
Ten
sam widzimy znak
Pięć
jezior
I
szczyt
Szmer
wody
Wokół
wszystko śpi
Tu
możesz jeszcze być
Trzy
dni
Morskie
Oko
Jak
wysoko
Poprzeczkę
zawiesisz
co
piękne co nie
Jak
teraz
Będę
widzieć świat
Jest
przecież inny świat
We
śnie
Gdzieś
pełnia
Potem
jakiś nów
I
dzień i słońce znów
Dziękuję
Ci
tak
Obrazek
7. Jestem. Autentyczne.
Piętnaście
kroków trzy oddechy
Mgła
wilgoć minuta przerwy
Tak
podchodzę po latach na Ornak
Od
Iwaniackiej
Jestem
Idę
granią w słońcu
Widok
przecież na pamięć
Krzyczę
na cały głos
Najciszej
jak mogę
Że
jestem
Trochę
wspomnień o występach
Najwięcej
wzruszeń dawały nam występy w Klubie, przy przepełnionej sali.
Próbowaliśmy stworzyć nastrój – posiadu po górskim dniu wśród
przyjaciół. Myślę, że nam się to udawało. Właśnie tam, w
Klubie, mogliśmy sobie pozwolić na zestaw piosenek pełnych
odniesień i aluzji do realiów tatrzańskich i ogólnie górskich.
Kiedy
czuć powietrze pod stopami… W
piosence o Krywaniu Wojtek śpiewa fragment „Gdym zobaczył
ciebie, jako ośmiolatek, twoje skalne granie dały górskich snów
zadatek”. To jest zbitka wspomnień wielu naszych Koleżanek i
Kolegów. Przypomnę też fragment innej piosenki:
Razem
wybierzmy się dziś na Kościelec.
Spojrzymy
ze szczytu w dół.
Popatrz:
po lewej połowa doliny,
Po
prawej zaś drugie pół.
To
zrozumie tylko ktoś, kto wie, że tylko z Kościelca widać
wszystkie Stawy Gąsienicowe. Piosenka o Cieśniawach w Juraniowej
nawiązuje do nielegalnych wyskoków za granicę, do „odległej”
Czechosłowacji. Ja lubiłem też własne teksty o wycieczkach
graniowych, na przykład Powoli
po grani, powoli –
o trasie z przełęczy Tomanowej do Wołowca). Wspomnę jeszcze dwa
inne teksty. Pierwszy to „Stromym Żlebem” – tę piosenkę
wykonywali Tadeusz i Wojtek. Istotnie, schodziliśmy (ja i Staszek,
przyjaciel od wczesnej młodości) Mnichowym Żlebem. Pogoda się
psuła, ale i tak był to koniec naszego pobytu – również w tym
sensie, że już potem nie spotkaliśmy się w górach. A piosenka o
podejściu
z Ochotnicy na Lubań nie zmieściła się nam w
repertuarze. Napisałem ją dla Józefa Nyki, na 90-lecie jego
urodzin, a po raz ostatni przeszedłem tę trasę już mocno
zmęczony, bo było to z Turbacza i przez Gorc. Jak pisał sam Józef
Nyka, miłośnicy pięknych widoków wiedzą, że nie sztuka wejść
na Lubań – sztuką jest wyruszyć z niego w dalszą drogę.
Z Ochotnicy na Lubań przez las, przez las, przez las
Z Ochotnicy na Lubań to piękna Gorców treść.
Z
Ochotnicy na Lubań podchodzę któryś raz -
I
ulewę czy skwar - ja z radością mogę znieść.
Z
Ochotnicy na Lubań już urósł nowy las,
I
to przecież ja jestem, lecz myśli inne mam.
Nie zgubiłem, nie znalazłem, gdzie jest więc mój czas?
Inne drzewa, a widzę, że przecież szlak ten sam
Z Ochotnicy na Lubań wciąż leśny, leśny chłód.
Za Lubaniem w oddali gdzieś Tatry stoją tam.
Górskich przygód mam wiele, górskich wspomnień w bród -
Na Lubaniu, jak dawniej, wciąż jestem taki sam.
Inne
występy były, owszem, miłe i udane, ale „to nie było to”. Na
szczęście działalność Zespołu (a raczej pomysł i program)
spotkał się kilka razy z dużą niechęcią i mocno negatywnymi
opiniami. Piszę „na szczęście”, bo jednostronne, stałe
pochwały są niebezpieczne.
Nieudany
był nasz pierwszy występ poza Klubem, w jakimś pubie-restauracji
w Łomiankach. Nie pamiętam, kto nam go polecił. Mimo
uzgodnień, wszystko było inaczej niż chcielibyśmy, począwszy od
tego, że właściciel pubu nie powiesił naszego ogłoszenia, tylko
nabazgrał własne, gdzie byliśmy jako „Śpiewacy tatrzańscy”.
Wbrew ustaleniom,
w czasie występu goście jedli i pili, a
dwie panie jazgotały przy piwie. Należy jednak podkreślić, że z
wyjątkiem tych dwóch pań, inni goście jednak słuchali z
zainteresowaniem.
Pełni
zatem obaw, skontaktowaliśmy się z „Południkiem Zero” na
Wilczej 25 – miejscem spotkań różnego rodzaju podróżników,
oczywiście młodzieżowych. Po raz pierwszy wystąpiliśmy tam w
2013 roku. Zapowiadający nas młody człowiek nie był
w
stanie przeczytać
poprawnie „Zespół Stara Robota Stołecznego Klubu
Tatrzańskiego”.
W końcu wydukał, ale potem było
znakomicie, a gdy skończyliśmy swój program, Krysia Dolebska
rozśpiewała całą salę standardami ludowo-turystycznymi. O ile
pamiętam, zaczęła od „Nie liyj dyscu nie liyj”. W „Południku
Zero” byliśmy jeszcze raz po roku, 8 lutego 2014. Chyba to była
Elżbieta Suwara – spiesząc się na nasz występ, pośliznęła
się i złamała rękę, ale do szpitala pojechała dopiero po
występie.
Skoro
mowa o naszych sukcesach, a w każdym razie o pozytywnych
wrażeniach, to dla równowagi wspomnę dwa inne nieudane występy i
to w odstępie miesiąca,
w październiku i listopadzie 2013
roku. Ale nie z naszej winy. Otóż najpierw zostaliśmy uroczyście
zaproszeni do „uświetnienia” Walnego Zjazdu PTTK. Usadzono nas
w dużej sali, gdzieś w kącie i okazało się, że mamy odegrać
rolę muzyki pod kotleta, a nawet gorzej, bo nikt się nami nie
przejmował. Po kilkunastu minutach przerwaliśmy występ, czego
nikt nie zauważył – z wyjątkiem, jak pamiętam (nie wiem, czy
dobrze), Włodka Tymińskiego, który nas próbował zatrzymać. Po
miesiącu znaleźliśmy się w ośrodku przy elektrowni na
Siekierkach. Sala była zimna, odległość od sceny do widowni była
znaczna, a publiczność (dość przypadkowa) oczekiwała zupełnie
czego innego, Trudno zresztą powiedzieć, czego. Wspominamy to z
niechęcią. Nie zaliczę do wpadek kontaktu z młodzieżowym klubem
turystycznym na Raszyńskiej. Po prostu nie pasowaliśmy do siebie,
co było widać od pierwszych chwil wstępnego spotkania. Gęś z
prosięciem lepiej się dogaduje niż my
(ja i Basia, rok
2015) z organizatorami. Byłoby zresztą niedobrze, gdyby do występu
doszło.
O
konkursie we Włocławku (2016 r.) pisałem oddzielnie. Tu jeszcze
raz podkreślę rolę Tadeusza – musiał nas energicznie namawiać
do wzięcia udziału. Kilka razy wystąpiliśmy w Domu Kultury przy
Smolnej 1/3. Było świetnie, chociaż nie mogłem dogadać się z
szefową co do kilku szczegółów. Na przykład, przykre było z
jej strony żądanie, żebyśmy się przedstawiali z podaniem
zawodu. Przyznaję, że powinienem był ostro zareagować.
Zapełnialiśmy salę do ostatniego miejsca (na przepełnienie nie
pozwalała ze względów bezpieczeństwa), ale któregoś roku
przestała nas lubić.
Z
ciekawszych miejsc wspomnę występ w lokalnym ośrodku kultury w
Podkowie Leśnej, w wilii Aida (2012). Jest to willa, którą w
posagu od Lilpopów dostał Jarosław Iwaszkiewicz. Z niewiadomych
względów nie spodobała mu się i przenieśli się z żoną do
nieodległego Stawiska. Willa jest duża, urocza, drewniana,
zabytkowa, z nastrojowym ogrodem. Około 2000 roku kupił ją… mój
znajomy matematyk – który zrobił majątek
w Meksyku
(szczegółów nie znam) i postanowił właśnie urządzić tam
lokalne centrum kultury, z koncertami chopinowskimi włącznie. A
skoro pisałem przedtem dużo o ludziach, to wspomnę coś bardzo
charakterystycznego dla Wojtka Wojtyńskiego. Na spotkaniu po
pogrzebie jego syn powiedział, że ojciec miał kilka pasji i co
najmniej jedną antypasję: motoryzację. Istotnie, jazda samochodem
jakoś Wojtkowi nie wychodziła. Otóż do Podkowy Leśnej najlepiej
dojechać z Warszawy trochę naokoło (omijając korki) –
autostradą na Poznań do Pruszkowa i potem bocznymi drogami.
Osobliwością tej drogi jest to, że trzy razy przejeżdżamy
wiaduktami nad autostradą, z której właśnie zjechaliśmy.
Wytłumaczyłem to Wojtkowi dokładnie, ale jak przyszło co do
czego, to po drugim przejeździe doszedł do wniosku, że zabłądził
i wrócił, błądząc z kolei w innych okolicach koło Brwinowa.
Występ bardzo się tam udał, chociaż „tłumów nie było”.
I
jeszcze kilka występów na AWF, w tym w klubie „Relax”, gdzie
bardzo dawno temu, zdaje się, że jeszcze w swoich czasach
studenckich, zaczynał swoją karierę Tadeusz. Pewnego razu
występował z Marylą Rodowicz – nie w jednej piosence, tylko w
tym samym programie. Przyznam się, że wolę Tadeusza niż Marylę.
Dobrze,
a nawet bardzo dobrze, wspominam nasz przedostatni występ przed
pandemią (2019) w Klubie Lekarza na Raszyńskiej 54. Może też
dlatego, że Klub ten otaczała atmosfera pewnej elitarności.
Szczegół zatarły mi się w pamięci, ale pierwsze moje wrażenie
było takie: „o, może tak wyglądały kluby angielskie dla
dżentelmenów w XIX wieku – no, może tylko dla tych nieco
uboższych”.
W
tym przedpandemicznym roku byliśmy zresztą „na fali” –
mieliśmy aż osiem występów. Zaczęliśmy odkrywać kameralne
MAL-e, czyli Miejsca Aktywności Lokalnej – małe salki, niekiedy
połączone z kawiarnią albo biblioteką. Co prawda, już wcześniej
byliśmy kilka razy w „Kalinowym Sercu” – skromnym ośrodku
poświęconym Kalinie Jędrusik. Szkoda, że gdy zmieniło się
kierownictwo, już zabrakło tam dla nas miejsca.
Na
wiosnę 2020 roku mieliśmy umówione kolejne spotkanie w Kawiarni
Międzypokoleniowej przy Anielewicza. Nie była to dobra sala do
występów – długa i wąska. Ale atmosfera bywała tam
sympatyczna. W marcu odwołaliśmy nasze próby, a wkrótce potem i
tak nastąpił totalny shutdown.
Miałem pomysł występu „zdalnego”, na łączach komputerowych.
Uważam, że był całkiem realny, a miałem już trochę z tym do
czynienia
z racji zdalnych wykładów na uczelni, ale zdaje
się, że byłem jedyny, któremu to się podobało.
„Stara
Robota” – wspólna opowieść SKT
Ola
Domańska („Kozłowska młodsza”)
Dzięki
„Starej Robocie” mamy w SKT wspólną opowieść. Jednoczą nas
wspólne wspomnienia – górskich włóczęg, zachwytów nad
pięknem Tatr, schroniskowych posiadów, uczuciowych wzlotów i
upadków, przyjaznych spotkań, no i późniejszych „obozów
kondycyjnych” w chałupie w Ławach, a oni to wszystko przez te
liczne lata wyśpiewali oraz – piórem Michała i wdziękiem
scenicznych interpretacji – zobrazowali. Wszyscy byliśmy
bohaterami tych opowieści, to były nasze doświadczenia, nasze
wspomnienia, tylko sprytnie, pomysłowo, czasem lirycznie, czasem
kpiarsko, z poczuciem humoru i błyskiem talentu przedstawione
tak, jakbyśmy my nie umieli tego ująć. Dostarczali naszemu gronu
artystycznego spoiwa, dodatkowo umożliwiając sentymentalną podróż
do krainy młodości.
Byłam
na większości występów „Starej Roboty”, począwszy od
debiutu „Baranich Rogów” w Domu Polonii. Gdy kiedyś z prezeską
Elą towarzyszyłyśmy członkom zespołu
w ich wyprawie do
Podkowy Leśnej, uznałyśmy, że stanowimy ich jakieś „groupies”
– wierne fanki, podążające za swymi idolami podczas ich tras
koncertowych. W moim przypadku tej gorliwości nie tłumaczy
wyłącznie fakt, że jestem córką jednej z gwiazd tej
„starorobociańskiej” konstelacji. Spotkania ze „Starą
Robotą” dostarczały mi uczucia radosnego współuczestnictwa
oraz „przenosiły moją duszę utęsknioną do tych pagórków
leśnych, do tych łąk zielonych…”
Z
najczulszą wdzięcznością, Ola
Co
mnie spotkało w „Starej Robocie”
Katarzyna
Kozłowska
Zastanawiałam
się, co ja mogłabym napisać o takim zjawisku, jak Stara Robota…
Ja, w sensie zupełna ignorantka gór, pochłonięta wiedzą, tak
biegunowo różną od górskiej bo, o ironio, dotyczącą historii Kaszub
i morza? Okazuje się, że życie naprawdę prowadzi nas swoimi
ścieżkami. Nam pozostaje akceptacja.
Początkowo
sensu w tym nie widziałam żadnego. Ot, po prostu, pewnym osobom się
nie odmawia, a szczególnie takim, o których zdążyłam się
nauczyć, że są ważną częścią mojej pracy, i to o dziwo, jako
mediatora. Pewnego dnia, a było to w 2015 r., podczas dyżuru
mediacyjnego, jedna z naszych koleżanek w biurze żywo dzieliła
się nagraniami w telefonie. Do mnie też dotarła. Popatrzyłam,
posłuchałam, pochwaliłam i wydawało mi się, że wystarczy. W końcu
miałam pracę do wykonania. Tymczasem kobietka nie odpuszczała,
opowiadała, gdzie tak fajnie śpiewa i że są trudności
instrumentalne... A ja miałam w myślach, że goni mnie praca, więc
słuchałam, ale jednym uchem. Nagle zastrzeliła mnie pytaniem:
„Grasz na gitarze?” Pytanie dotarło do mnie z
opóźnieniem, a zanim doszłam do siebie, musiało minąć trochę czasu.
Skąd to pytanie? Przecież nie znałyśmy się wcześniej. Nie mogła
wiedzieć, że faktycznie gram na gitarze. Tak mnie zatkało, że
jednak oderwałam się od myśli o pracy i posłusznie, stając
prawie na baczność, odpowiedziałam, że tak, gram. Na to ona podała
mi adres i termin najbliższej próby. I tyle. Zostałam za biurkiem,
w pełnym oszołomieniu, bez szans na jakąkolwiek dalszą pracę.
Myślałam sobie wtedy: „O rety, co ja robię?” Ale, że
jestem bardzo odpowiedzialną osobą, nie było mowy, aby się wycofać.
To, co mnie wówczas przytrzymało, aby nie stchórzyć, to moja
faktyczna potrzeba, aby po wielu latach odświeżyć sobie umiejętność
gry na gitarze. Ostatecznie pomyślałam, skoro trafia mi się okazja,
to skorzystam.
Natomiast
zupełnie nie miałam pojęcia, co mam myśleć stojąc już pod drzwiami
kamienicy na Poznańskiej. Co ja tu robię? Pamiętam to uczucie do
dziś. Prawie nikogo tam nie znam. Idę do obcego mieszkania. Pewnie
też nie myślałam zbyt wiele, bo mogłabym uciec. Ale weszłam. I
zostałam. Na 9 lat.
Tą
osobą z biura była Irena, też Kozłowska. W czasie stażu
mediacyjnego uczono nas o obiegu dokumentacji. Jednym z
punktów było korzystanie z segregatora o nazwie „Irenka”.
Wówczas myślałam sobie, że to zapewne taka umowna nazwa i w ogóle
nie przywiązywałam do tego wagi. Dopiero po czasie dotarło do mnie,
że „Irenka” to właśnie Irena, ta kobietka, która
nadawała ton naszym spotkaniom w biurze i która, de facto,
spowodowała, że znalazłam się w zespole.
Co
ciekawe, w czerwcu tego roku, a mamy A.D. 2026, byłam na wycieczce
w Krakowie z młodszą koleżanką mediatorką. Wiedziała, że
występowałam w zespole artystycznym. Siedziałyśmy w Jamie
Michalika. Na gitarze, do kotleta, doskonale przygrywał muzyk.
Pochwaliłam się naszymi zdjęciami z występów. W pewnym
momencie zapytałam, czy też na stażu uczyła się o segregatorze
„Irenka”. Jakie było jej zdziwienie, gdy na zdjęciach
pokazałam jej Irenę!
Dopiero
w trakcie prób dowiedziałam się, że zespół śpiewa WYŁĄCZNIE o
górach! Docierały do mnie jakieś nazwy, pojęcia, analizy tras,
wspomnienia, a ja nie miałam pojęcia, o czym oni mówią!
Przyznam się, że jak już naprawdę dotarło do mnie, że nie mogę
liczyć na żadne inne teksty, to miałam chwile załamania i to
powracające pytanie: „Co ja tutaj robię?”
Kilka
lat wcześniej, podczas wyjazdu służbowego do Zakopanego, miałam w
hotelu wspaniały widok na panoramę Tatr. Zachwyciłam się widokiem i
podzieliłam się tą refleksją z koleżanką. Chcąc jej zrobić
przyjemność powiedziałam: „ale ładna ta góra”. Trzeba
było widzieć jej minę, jak mnie ofuknęła i wzburzona
powiedziała: „przecież to jest Giewont, a nie jakaś tam
góra!” Wspomnienie nawiązuje do momentu, gdy w czasie jednej
z prób, olśniło mnie, co ja właściwie śpiewam. A była to piosenka:
„Pomnik błądzących turystów”: „…tych, co
odrabiając tatrzańską pańszczyznę, na tę górę z krzyżem mówią: to
jest Krzyżne…”. Serdecznie proszę o wybaczenie
wszystkich, którzy kochają góry! Do tego czasu ja naprawdę
myślałam, że Giewont, góra z krzyżem, Skrzyczne, Krzyżne to są
synonimy… Okazałam się właśnie takim bardzo błądzącym
turystą. We mgle.
W
zespole przyjęłam rolę drugiego grajka. Mimo próśb zespołu,
konsekwentnie odmawiałam grania bez Tadeusza. Strach pomyśleć, co
by się wtedy działo! Bo Tadeusza trochę się bałam, więc wolałam nie
podpadać. A poza tym uważałam, że król od grania powinien być jeden
i wtedy jest dobrze. Moja rola zupełnie mi odpowiadała. Zresztą nie
poradziłabym sobie. Mamy ogromny i fantastyczny materiał. W
zasadzie do końca miałam wrażenie, że nie ogarniam. I nic więcej
nie chciałam. A już na pewno żadnych śpiewów…
Więc
raczej milczałam. Uczyłam się zespołowych zwyczajów i zasad.
Nasiąkałam klimatem grupy. Poznawałam członków zespołu o bardzo
różnych osobowościach, których łączy jedna, za to ogromna miłość do
gór.
Z
czasem dowiedziałam się, że wszystkie teksty pisze Michał. To było
dla mnie absolutnie zaskakujące, wręcz imponujące. Michał jest
matematykiem i z matematyką nawet bardzo się lubi. Poezja stała
się natomiast jego sposobem na oddech, na ciągły kontakt z górami,
chociażby we wspomnieniach. Z mojego punktu widzenia oczywiście.
A
więc trwałam. Pod płaszczykiem spotkań klubu emerytów odkrywałam
coraz większe nabożeństwo do gór. Nie tandetne czy błahe dywagacje,
ale dogłębnie zbadane, przemyślane, wręcz przetrawione i
uwewnętrznione przemyślenia. Tego rodzaju pojmowanie gór jest dla
mnie niemożliwe do pojęcia, ale po prostu piękne. Pamiętam Basię,
czytającą w czasie naszych występów fragmenty starych, bo
jeszcze nawet z XIX w. przewodników górskich. I co zaskakujące,
mimo upływu czasu, tamta wiedza i anegdoty są niezmiennie
interesujące i nadal bardzo zabawne. Podczas koncertu na
Smolnej, w czasie którego jednak zaśpiewałam w duecie z Tadeuszem
„Piosenkę młodych małżonków”, Basia wspominała
chociażby Zygmunta Klemensiewicza z 1912 r., który pisał o
uzbrojeniu
turysty w worek turystyczny i Stanisława
Eljasza-Radzikowskiego z 1924 r., który opowiadał się za chłostą
dla każdego, kto będzie używał nazwy śpiwór. Uważał, że powinno się
używać nazwy sypiak…
Nie
wiem jak to się stało, ale potem sama zdecydowałam się przejąć z
repertuaru Basi piosenkę „Stukilowy turysta”. Zachwycił
mnie tekst. To jedna z perełek napisanych przez Michała. Lekka,
dowcipna historia. Po naszych występach podchodzili do mnie
widzowie, którzy pamiętali, że to była piosenka Basi. I wspominali
ją. Ta świadomość sprawiała, że moja odpowiedzialność za to, co
śpiewałam była jeszcze większa i chcę, żeby tak zostało. Właśnie
dla wspomnienia Basi.
Ciekawe
wspomnienia mam też związane z Maćkiem. Jestem mu wdzięczna, że
stworzył ciekawą aranżację skrzypcową do „Małżonków”,
która wprowadzała dynamikę country do piosenki i tym
samym uświetniła nasz występ z Tadeuszem. Pamiętam dobrze, bo
to był mój pierwszy wokalny występ w Starej Robocie. Na
Smolnej. Pamiętam też, że Maciek czuł się dżentelmenem i zawsze
chciał mnie podwozić po próbach do przystanku. Dobrze, że
przystanek był praktycznie za rogiem. Zasadniczo nie przeszkadzały
mu światła drogowe i inni użytkownicy na jezdni. W samochodzie
zawsze miał włączone radio Classic. Nucił pod nosem, gdy podjeżdżał
blisko i siadał komuś na ogonie. I był bardzo z siebie
dumny, że ma młodszą córkę, niż ja syna… Szkoda, że nie
zdążył w zespole zaśpiewać swojej pierwszej piosenki „Ty nie
poganiaj mnie…”. Dla mnie do tej pory to po prostu
piosenka Maćka.
Mam
nadzieję, że Krysia i Włodek mi to wybaczą, bo ostatecznie to oni
stworzyli jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny duet i powołali tę
piosenkę do życia. Dodatkowo, utwór zaistniał w ich autorskiej
formule. Trudno mi było zachować skupienie podczas grania, gdy
obserwowałam naszą Krysię, wietrzącą sobie biust i obok Włodka,
człowieka eleganckiego, skromnego, cichego i na wskroś dobrego: „…
Ja wiem, że ty na szczyt ten, albo inny, chcesz wejść, by móc
przewietrzyć sobie biust…”. I dalej Krysia:
„…Jeżeli jeszcze raz uwalisz się na trawie, to zrobię
takie cuś, co wstrząśnie duszą twą…”. Wyobrażenie
Włodka, uwalonego na trawie… no cóż, to jest zupełnie nie do
pojęcia dla mnie i naprawdę trudno mi było wówczas zachować powagę.
Ten duet, kompletnie odmiennych wizerunkowo osób, stał się po
prostu wydarzeniem.
Wcześniej
był plan, że tę piosenkę zaśpiewa Wojtek, a wiadomo, że Wojtek
chętnie zaśpiewałby wszystko. Jego bas i język węgierski pozostaną
nieodżałowaną stratą. W ostatnich latach pracował nad jakąś
matematyczną teorią, którą nawet planował przedstawić innym
matematykom. Za wszelką cenę próbował mi opowiedzieć, czego dotyczy
jego praca. Wierzył w to, że matematykę można wytłumaczyć każdemu.
Moje doskonałe możliwości matematyczne są powszechne znane,
podobnie zresztą, jak moja rozległa wiedza na temat gór. Dlatego
jestem mu bardzo zobowiązana, że gdy mówiłam: „za chwilę już
nie wytrzymam, Wojtusiu…”, on przyjmował to pokornie i
przechodziliśmy na inny temat. Urodziny też mieliśmy w tych samych
dniach. Dla mnie, urodzonej 9 marca, 8 marca to też święto. I
Wojtka. Ryba z Rybą znajdzie się w każdym kosmosie.
Trzeci
raz do śpiewania namówiła mnie Matylda. Oczywiście niechętnie z
mojej strony. Szalę przeważył fakt, że to z kolei jest piosenka
Ireny, która zdecydowała się ją oddać w dobre ręce, aby piosenka
żyła dalej. Nasze głosy z Matyldą nadspodziewanie dobrze
zabrzmiały. Była to czysta przyjemność. Myślę, że Irenie też się
podobało. Dziękuję za to i Irenie i Matyldzie. W uszach
dźwięczy mi przesłanie: „…Powracasz o zmierzchu,
pięknieje ci świat, a myśl o przegranej ucieka...” .
A
teraz inna historia. Jest 15 sierpnia 2024 r., a więc święto.
Piękna nadmorska wioska, do której docierają tylko ci, którzy
wiedzą, gdzie jechać. Tutaj spędzam wakacje od 32 lat. Zgromadziła
się cała społeczność lokalna i turyści. Jest bigos, kiełbaski i
ciasta. Są występy, swobodne rozmowy i kramy, jak na odpuście.
Staję w kolejce po bigos i oczom nie wierzę: Krysia! Nasza Krysia.
Tak było. Czy to już telepatia czy czary? Mało tego. Po wymianie
uścisków, ochów i achów, okazało się, że mieszkałyśmy u tych samych
właścicieli! I to przez kilka lat. Tylko oczywiście nie w tym samym
czasie. Otrzymałam od niej wtedy wspaniałe zdjęcie naszych
gospodarzy na pamiątkę. A o tym, że Krysia jest absolutną, cudowną
i niepowtarzalną artystką w każdym calu, wie każdy. Czy Krysia
zna tekst czy nie, czy aktualnie zapomniała, to zazwyczaj nie miało
znaczenia. Zawsze stworzyła cudowną kreację artystyczną. Nawet, gdy
na próbach nic tego nie zapowiadało. Jednak fakt, że pisze
fantastyczne teksty, gdzie królem od tekstów jest oczywiście
Michał, to była prawdziwa odwaga i determinacja. Myślę, że
Krysia po prostu ma talent i dobrze, że pisze. W listopadzie 2018
r. otrzymałam od niej jej autorski tekst „Madame Butterfly”
z dedykacją.
Natomiast
Włodek. Dobry duch zespołu, mimo, że w cieniu, ale zawsze na
miejscu. Gdy szukałam nowej pracy bardzo się przejął i razem z
siostrą zaangażowali się w pomoc dla mnie. Dzięki jego staraniom
zostałam uhonorowana odznaką SKT i to w czasie takiego wydarzenia
jak 70-lecie istnienia Klubu! Miałam naprawdę dużą trudność, żeby
wyjść na scenę po odbiór tego wyróżnienia. Serdecznie go uściskałam
po występie w pubie. Odznaka zajmuje ważne miejsce w mojej pamięci.
Cóż, czy po 9 latach zacznę inaczej myśleć o górach? To
całkiem możliwe.
Gdy
pisałam ten tekst, okazało się, że właśnie odeszła Ewa.
Towarzyszyła zespołowi od zawsze, chociaż ostatnio nie chciała się
zbytnio prezentować. Przypomniało mi się, że ostatni raz
widziałyśmy się na przyjęciu u Matyldy poza miastem. Tak się
złożyło, że wspólnie odprowadzałyśmy naszą Alinkę. Późny wieczór, w
zasadzie już noc, a my z Ewą i Alinką stoimy na przystanku i
czekamy na transport dla Alinki. Prowadzimy lekką, niespieszną
rozmowę. Wokół ciemno i spokojnie. Potem jeszcze z Ewą wracałyśmy
metrem do centrum. Dobra rozmowa dwóch kobiet. Ostatnia. Potem
usłyszałam, że Klub to było najlepsze, co się Ewie w życiu
przytrafiło…
A
nasza Alinka 3 sierpnia skończy 100 lat! Alinko nasza Kochana,
ślemy Ci mnóstwo serdeczności!
TEST
Drodzy
członkowie StSStR (Stowarzyszenia Sympatyków „Starej Roboty”).
Oto test ze znajomości naszego repertuaru. Wskazówka.
Pytania o numerach parzystych dotyczą tej samej piosenki, co
poprzedzające nieparzyste.
Co jest naszą doliną i
dlaczego jest ona najlepsza?
Czy Dolina Starorobociańska
da się porównać z Morskim Okiem?
Co pili i jedli na
Giewoncie?
Jakie obuwie miała kobieta,
która weszła na Giewont i miała trudności z zejściem?
W
czym trzymał swój turystyczny ekwipunek pewien korpulentny pan?
Co obejmował „nasz
przypadek” w piosence ortopedycznej?
Do czego nadawał się prawy
bark Tadeusza?
Wymień przynajmniej jeden
powód, dla którego życie młodzieży jest upiorne.
Co zyskuje zwycięzca
wyścigu szczurów?
Ile lat miał bohater
pewnej piosenki, w której występuje sekcja grzebieni dętych, gdy
miał wspaniałą formę?
Jakie niezwykłe zjawisko
pogodowe może zdarzyć się w maju?
W co wziął piwo pewien
narciarz, gdy już zjechał z wysokiej góry?
Dopisz brakujące słowo:
brzuch, buch, chuch, duch, dmuch, druh, fuch, kluch, much, puch,
ruch, słuch, zuch.
Kogo mógł spotkać mąż
swojej żony na jednej z hal?
Czy owa żona spędziła
swoje życie w spa?
Co poczuło do siebie tych
dwoje, gdy spotkali się w piątym wagonie ekspresu? Dokąd jechał
ten pociąg?
Na co najlepszy jest własny
mąż?
Na co były potrzebne
młodym małżonkom dwa śpiwory?
Jaką alternatywę dla
ślubu przedstawiła narzeczona?
Co powiedziałby miś,
gdyby wspiął się na Mnicha?
Jak poradził sobie TOPR z
nadmiarem taterników na Mnichu?
Jak była ubrana pani
Marzena?
Jaki stanowczy apel
wystosowaliśmy do ludzi odwiedzających Morskie Oko?
Jaka część garderoby
trzęsła się pewnemu turyście na słynnej przełęczy
tatrzańskiej (2159 m n.p.m.)?
Kogo jeszcze brakowało na
Zawracie?
Czy Tadeusz uważał, że 1
zł 40 gr od metra to wygórowana cena?
Jaką cenę za metr planuje
wyznaczyć Tadeusz, gdy Polska wprowadzi walutę euro?
Do życia w jakim mieście
Półwyspu Iberyjskiego można porównać wycieczkę granitową
granią?
Co jest dobre dla
pachołków?
Co robili Wojtek i
dziewczyna pod obszerną peleryną?
Co utrudnia bycie
mistykiem?
Wymień przynajmniej trzy
trunki, które Tadeusz spożywał z kozicą.
Z kim lepiej pić niż z
kozicą?
Czy namiot był do końca
rozpruty?
Dlaczego Tadeuszowi trudno
było całować wargi pewnej dziewczyny?
Dlaczego pewien turysta
niemający włosów na głowie miał określone trudności
ze
skompletowaniem Korony Gór Polski?
Co pojawiło się przed
pewną babą na ścieżce?
Jakiego wzrostu byli trzej
taternicy z Morskiego?
Jakie trzy szczyty w grani
Morskiego Oka zdobyli trzej taternicy?
Co by zrobił Wojtek, gdyby
miał kondycję?
Jak zszedłby Wojtek z
najwyższego szczytu?
Co robić, gdy świat się
wydaje złodziejski?
Czy autobus podmiejski
należy do twojej rodziny?
Jak możesz krótko
scharakteryzować żleb, którym schodzili dwaj przyjaciele w końcu
dnia?
Czy dwaj przyjaciele
dzielili się sprawiedliwie chlebem?
Jak poprawić smak mięsa
reniferów?
Co myją sobie na Islandii
w ciepłej wodzie?
Czy jeden raz wystarczy?
Za co chciał Tadeusz
postawić piwo koleżance?
Jakie są pożytki ze
stukilowego turysty? Wymień co najmniej dwa.
Czy wygodnie jest spędzić
noc ze stukilowym turystą?
Czy Matylda pędzi jak
Cyganka z wiatrem?
Gdzie naszła Matyldę chęć
do amorów i co sądzi o sposobie na raty?
Co najbardziej pasuje do
ćwierci mielonki?
Czy owacje na stojąco mogą
zakłócić szum beskidzkich traw?
Co Krysia zwalczy, byle
tylko być na Karbie?
Co Krysia lubi robić na
Karbie?
Jaki kolor włosów miała
kobieta, którą Basia by chętnie popchnęła?
Pewien facet będzie
meandrował u stóp Basi jak pewna mazurska rzeka. Jaka?
W której piosence Starej
Roboty występują ryby morskie?
Dlaczego baca nie chciał
doić owiec?
Co się marzyło
Tadeuszowi, gdy wspinał się kominem Drege’a na Granaty?
Co powiedział partner
Tadeusza, gdy urwał mu się chwyt?
Czy bardzo przejmujemy się
tym, że być może zmarznie nam nos?
Czy gdy brzęczy złoto, to
mamy już spakowany plecak?
Co zrobił pewien noworodek
szwedzki na Zawracie?
Kto i gdzie widział setki
oświadczyn, ale także wiele materiałów do rozwodu?
Czy chatka w Ławach
spełnia normy europejskie, choćby w podstawowym zakresie?
Opisz jednym słowem
radość, gdy przebywasz w chatce w Ławach.
Czy pamiętają nas górskie
wiatry?
Gdzie nam wietrzyk szeptał
do ucha piękne bajki?

Jak
znaleźć swoją ulubioną piosenkę?
Jest
to trochę skomplikowane, bo odcinki powstawały niechronologicznie,
tylko tematycznie. Wszystkie nagrania piosenek są dziełem Andrzeja
Szajewskiego.
Muzyczny
przewodnik po górach
– część
1. O Tatrach w ogólności https://youtu.be/4Om-t4ZQXCg
48:58
– część
2. Przy Czarnym Stawie https://youtu.be/58QVOegnMAA
34:21
– część
3. Amory pod jaworem https://youtu.be/oAlQxMjGdSM
36:13
– część
4. Zgubiłam kiedyś w lesie szlak https://youtu.be/cjwFeK44u6k
52:07
– część
5. Pięcistawy. Baranie Rogi https://youtu.be/2RO6z-zTUYs
37:57
– część
6. Tylko grań. Tam nie wejdzie drań https://youtu.be/YwZjjyIPH_w
48:34
– część
7. Powroty https://youtu.be/QiDp6H-xOUU
39:32
– część
8. Co płynie i dlaczego płynie
https://youtu.be/cn3qbbUoc3g
38: 42
– część
9. Zamarła Turnia https://youtu.be/ZTbS0w9e2xo
31:47
– część
10. Pociąg do gór https://youtu.be/OP7H_dT5iSM
43:45
– część
11. Raczej o ludziach niż o górach https://youtu.be/fBPYOgzgw9E
34:38
– część
12. To
sa už nevratí
https://youtu.be/fBPYOgzgw9E
45:16
– część
13. Południk Zero https://youtu.be/aLHfTTfsnKg
38:55
– część
14. Wspólne korzenie https://youtu.be/GToDsW69cRY
45:21
– część
15. Stara Robota od strony warsztatowej https://youtu.be/11RJbhnGAag
45:50
– część
16. Śpiewam o Tatrach tak staromodnie https://youtu.be/BEfnUBTG4yw
43:09
– część
17. Gorce. Tatry. Józef Nyka https://youtu.be/l9qe2jNltbE
33:15
– część
18. Jak śnimy o górskich ścieżkach https://youtu.be/4cc-46Q-Hf4
33:51
– część
19. Dolino, dolino, jaka jesteś długa https://youtu.be/xpNpgrGo2n8
41:05
– część
20. Siedzieliśmy na Mnichu https://youtu.be/dmB36c4ozoI
35:20
– część
21. Jak pan(i) się trzyma https://youtu.be/WOCQkv8-aAU
34:11
– na
bis 1. https://youtu.be/A2D8qSvjD4o
24:30
– na
bis 2. https://youtu.be/0q5L4DChXHE
28:19
Polecamy
też:
Zapomniane
Tatry 1. https://youtu.be/Xjblk5aNiMk
26:44
Zapomniane
Tatry 2. https://youtu.be/4i5XVIDRptY
20:00

Odpowiedzi
do TESTU –
do pytań o nieparzystych numerach. Kursywą
podany jest tytuł odpowiedniej piosenki i jej numer w spisie.
1.
Starorobociańska – najlepsza, bo tatrzańska. Nie
sposób jej nie lubić, w niej nie sposób się zagubić. Z nią się
porównać nie da nawet słynne Morskie Oko,
#1.
3.
Ciepłe piwo i zimne parówki. Wejdą
nie wejdą, #113.
5.
Skręcenia, złamania, dyskopatia, przemieszczenia, jak również
kłopoty z kolanem, łokciem i częścią ciała, która zwykle
łączy nas z krzesłem. Ortopedyczna,
#4.
7.
Jest kilka: pracować od rana, brać udział w zawodach gryzoni –
a należy też dorzucić konieczność spędzania nocy w
dyskotekach. Upiorne
jest życie młodzieży,
#56.
9.
Sześćdziesiąt sześć. Lat
sześćdziesiąt sześć, #57.
11.
W dziób. Niech
żyje Klub,
#42.
13.
Femme fatale. Mówiłam
ci, że rację mam,
#68.
15.
Szczerą ku sobie chęć. Jechał do Zakopanego. Ekspres
Tatry, #2.
17.
Mieli jeden śpiwór, ale na wypadek cholery dwa. Ballada
młodych małżonków,
#48.
19.
„Posuńcie się, ja z wami chcę być dziś”. Siedzieliśmy
na Mnichu, #19.
21.
W ogóle nie była ubrana. Boczna
morena,
#18.
23.
Gacie. Czy
mi tu wiarę dacie, że byłem na Zawracie. #58.
25.
Nie. Śpiewał przecież „złoty czterdzieści jedynie”. Złoty
czterdzieści od metra, #24.
27.
„Na grani granicie życie jak w Madrycie”. Tylko
grań – tam nie wejdzie drań, #45.
29.
Trwali. Po prostu sobie trwali. Moja
peleryna, #3.
31.
Najpierw wino, potem koniak, wódkę zwykłą, następnie żubrówkę
i śliwowicę. Spotkałem
kozicę raz w dolinie,
#77.
33.
Nie, był tylko „wpół rozpruty”. Buty,
#21.
35.
Okazało się, że pół litra to za mało, by wejść na Rysy, a
ten szczyt należy do Korony Gór Polski. Do
gór, do gór, #31.
37.
Wysoki, średni i mały. Trzej
taternicy z Morskiego, #51.
39.
Poszedłby w góry. Gdybym
miał kondycję, #36.
41.
Z przystanku na pętli dowolny weź szlak. Autobus
podmiejski, #71.
43.
Był stromy. Stromym
żlebem, #93.
45.
Posolić – bo jak wieść niesie, bez soli są niesmaczne.
Laponia,
#52.
47.
Nie. Jeden raz to za mało. Tak
to już w górach bywa, #43.
49.
Na przykład można się schować za nim – zarówno, gdy pada
deszcz, jak i gdy świeci słońce. Poza tym da ci moc górskich
wrażeń. Stukilowy
towarzysz na grani, #28.
51.
Nie. Amory
pod jaworem, #17.
53.
Piwo Lech. Beskidzkie
trawy, #95.
55.
Kłucie w bucie, a także i chucie. Karbie
– skarbie, #14.
57.
Była ruda. Ruda,
#30.
59.
Śledzie. Były gonione przez niedźwiedzie. Do
gór, do gór, #32.
61.
Marzyła mu się już dolina i herbata na szczycie. Marzyła
mi się już dolina, #15.
63.
Nie, bo nie dbamy o to, że nam zmarznie nos, lub upał nas
dopadnie. W
Polsce jest dużo gór,
#61.
65.
Wessał się w matczyną pierś. Drogowskaz
na Zawracie,
#80.
67.
Nie. Cichy
domku nasz klubowy, #102.
69.
Na to pytanie odpowiedź nie jest znana. Wiosną
halne wieją, #94.
Nasze
piosenki
Oto
spis tekstów piosenek zamieszczonych w 30 odcinkach „Przewodnika
muzycznego Starej Roboty” (linki są podane wyżej). Dwa teksty
(nr 62 i 67) są autorstwa Krystyny Krasińskiej, reszta moje, czyli
Michała Szurka. Kolejność wydaje się przypadkowa – jest jednak
zgodna z tym, co jest w kolejnych odcinkach. Jest też dużo „słowa
wiążącego” Basi Kaczarowskiej i mojego własnego. Doliczyłem
się, że nasz repertuar to ponad
120 piosenek. Niektóre
piosenki się powtarzają (wtedy zamiast numeru są krzyżyki).
Odcinek 1.
Dolina
Starorobociańska
Spotkaliśmy
się w ekspresie „Tatry”
Moja
peleryna
Piosenka
ortopedyczna
Ósma rano
na Zwierówce
Cieśniawy
w Juraniowej
Kasprowy,
Kasprowy
I będzie
pięknie
Odcinek 2.
Z babim
latem
Kuplety
łojantów
Stukilowy
towarzysz na szlaku
Mamy już
ciepły kąt, cztery ściany i dach
Tu już nie
równina, tu klimat nie ten
Karbie –
skarbie
Marzyła mi
się już dolina
Przy
Czarnym Stawie leżę na trawie
Odcinek 3.
Amory pod
jaworem
Boczna
morena
Siedzieliśmy
na Mnichu
Ach,
kosówko zielona
Buty
Deszcz nam
ochładza letnią noc
Krywaniu,
Krywaniu
Złoty
czterdzieści od metra
Budzę się
w schronisku
Odcinek 4.
Na tym stoku
pod Nosalem
Starsze
turystki dwie
xx. Stukilowy towarzysz na grani
A tam koło
Roztoki
Ruda
Gałęzie chcą
objąć mnie raz po raz
Do gór, do
gór
Zgubiłam
kiedyś w lesie szlak
Odcinek 5.
Pięć
jezior
Marna dziś
pogoda
Gdybym miał
kondycję
Czy ktoś z
was w Rohackiej był dolinie
Mówisz do
mnie, że ja jestem zakręcony
Piosenka
logopedyczna
O Łysej
Polanie to śpiewka
Plany
górskie
Niech żyje
Klub (nagranie 2003)
Odcinek 6.
Tak to już
w górach bywa
W tej sali
klub i w tamtej klub
Tylko grań
– tam nie wejdzie drań
Odpocznijmy
sobie tu, na hali
Poemat
pieniński
Ballada
młodych małżonków
Zapamiętam
dobrze ten szlak
Odcinek 7.
Żleb,
drobny piarg, że aż buty się drą
Trzej
taternicy z Morskiego
Laponia
Malowany
szlaku
Na Babią Górę
xx. Ballada
młodych małżonków
Ballada o tym,
że fajnie jest
Odcinek 8.
xx. Niech
żyje Klub (2008)
Upiorne jest
życie młodzieży
Lat 66
Czy mi tu
wiarę dacie?
Powoli do
grani, powoli
Zielona
czapeczka
W Polsce jest
dużo gór
Uczciwy
zbójnik
Tam na
nieboskłonie
Góry, góry,
góry stoją
Odcinek 9.
W schronisku
znaleźć ciemny kąt
Jeżeli łoić,
to nie indywidualnie
Stoję na
przełęczy
Mówiłam ci,
że rację mam
Niezabudko ma,
jasne słonko moje
Bo blues jest
wtedy
Himalaiści
Odcinek 10.
Autobus
podmiejski
Walczyk
kampinoski (2008)
Razem
wybierzmy się dziś
Do snu się
kładę, bo już noc
Raba, Raba,
Raba, Raba
Spotkałem
kozicę raz w dolinie
Zakopiańska
ciuchcia
Wiosną halne
wieją
Odcinek 11.
Drogowskaz na
Zawracie
Lat 60 dziś
stuknęło nam
Misiu, misiu
Żurek
Rzeźnia
O partnerze,
czy jesteś na dole
Przesadnie
piękni nie jesteśmy
Odcinek 12.
Szuch i puch
xx. Trzej
taternicy z Morskiego
xx. Tak to
już w górach bywa
xx.
Siedzieliśmy na Mnichu
xx. Deszcz
nam ochładza letnią noc
Nadłamaną
gałązkę kosówki
xx. Stukilowy
towarzysz na szlaku
Plecak już w
szafie na dnie
Odcinek 13.
jest poświęcony ludowym piosenkom słowackim. Jest tam też
„przewodnik kulinarny
po Tatrach”.
Odcinek 14.
– fragmenty występu w „Południku Zero”, 27 I 2013.
Cubryna,
Cubryna
Prześpiewane
piosenki
Beskidzkie
trawy
Odcinek 15.
xx.
Beskidzkie trawy
xx. Plecak
już w szafie na dnie
xx. Do snu
się kładę, bo już noc
xx.
Przesadnie piękni nie jesteśmy
xx. Pociąg do gór
Odcinek 16.
xx. Śpiewam o Tatrach tak staromodnie
xx. Razem wybierzmy się
xx. Już
szczyt, już cel
xx. Pijmy
białe wino
Odcinek 17.
xx. W
Polsce jest dużo gór
xx.
Botaniczna
xx. Zielona czapeczka
Odcinek 18.
xx. Drogowskaz na Zawracie
xx. Czy mi tu wiarę dacie
xx. O, jaka biel
xx. Ja pojadę nad morze
Odcinek 19.
– poświęcony Dolinie Kościeliskiej
Odcinek 20.
xx. Łojanci
xx. Amory pod jaworem
xx. Tak to już w górach bywa
xx. Karbie – skarbie
xx. Siedzieliśmy na Mnichu
xx. Do snu się kładę
xx. Walczyk kampinoski
Odcinek 21.
xx. Na Babią Górę
xx. Gałęzie mnie chcą objąć tu
xx. Tu już nie równina
xx. Walczyk kampinoski
Odcinek 22.
103. Cichy domku nasz klubowy
104. Przyjaźni dobry duchu
105. Pod Triglavem nocą zimno jest
xx. Żleb, drobny piarg, że aż buty się drą
106. Spódniczka-taterniczka
107. Wio, młodzieży
108. Ścieżką koło stawu od doliny
109. Na Kozi Wierch łatwo wejść
Odcinek 23.
110.
Krupówki, ach Krupówki
xx.
Prześpiewane piosenki
112.
Ballada nasza jest najlepsza
113. Wejdą,
nie wejdą
114. Stoi
na pętli 708
115.
Pożytki z mgły
116.
Taternik w Ciechocinku
Odcinek 24.
Ewa i Piotr (poświęcony Ewie i Piotrowi Misiurewiczom)
Odcinek 25.
Gdy jest
mgła, turyści się gubią
Przewodnik
kulinarny po Tatrach
W Jaworzynce
słonko dziś
Deszcz,
chmury i wiatr
Stromym
żlebem
Wiosną halne
wieją, śniegi tają.
Odcinek 26.
O jedzeniu i piciu w górach
Odcinek 27.
Zapomniane Tatry, I
Odcinek 28.
Zapomniane Tatry, II
Odcinek 29.
Limeryki górskie
Odcinek 30.
„Stara Robota dookoła Wojtek” (poświęcony pamięci Wojciecha
Wojtyńskiego)
Występy
Zespołu
„Baranie
Rogi”:
23
IV 2003 – z okazji 50-lecia Klubu, w „Domu Polonii” przy
Krakowskim Przedmieściu
„Stara
Robota”:
11
XII 2008 – w Klubie (siedziba ZG PTTK, Senatorska 11)
26
III 2009 – w Klubie, „Bo w górach jest ładnie”
24
IV 2010 – ośrodek kultury w Sulejówku
5
V 2010 – w Klubie, z okazji XX Zlotu Klubów Górskich
8
V 2010 – w Chacie w Ławach
12
V 2011 – w Klubie
26
IV 2012 – w Klubie, „Miesiąc w górach”
21
IX 2012 – w Klubie Lekarza Seniora
20
X 2012 – w Podkowie Leśnej, w wilii „Aida”
6
XI 2012 – w Klubie Garnizonowym
27
I 2013 – w „Południku Zero”, Wilcza 25
9
V 2013 – w Resursie
13
VI 2013 – w Resursie
16
IX 2013 – w klubie „Relax” na AWF
21
X 2013 – z okazji Walnego Zjazdu PTTK
20
XI 2013 – w klubie PTTK na Siekierkach
8
II 2014 – w „Południku Zero”, Wilcza 25
22
V 2014 – w Klubie, „Siedzieliśmy na Mnichu”
4
XII 2014 – w Klubie, „Siedzieliśmy na Mnichu”
8
II 2015 – w kawiarni „Kalinowe Serce”
16
IV 2015 – w Klubie, „Hej, kosówko zielona”
25
V 2015 – w kawiarni „Kalinowe Serce” (Tadeusz)
27
IX 2015 – w „Kalinowym Sercu”
10
XII 2015 – w Klubie, „I będzie pięknie”
3
II 2016 – w Mazowieckim Centrum Kultury, Elektoralna 12
21
IV 2016 – w Klubie, „Na prawo szczyt, na lewo wierch”
2
VI 2016 – w Klubie, „Na prawo szczyt, na lewo wierch”
29
IX 2016 – na Ogólnopolskim Przeglądzie Dorobku Artystycznego
Seniorów
8
I 2017 – w kawiarni „Kalinowe Serce”
23
IV 2017 – w Klubie
23
V 2017 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3
19
VI 2017 – na Juwenaliach Trzeciego Wieku
6
XII 2017 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3
22
I 2018 – w Klubie „Relax” na AWF
19
IV 2018 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3
10
V 2018 – w Klubie
11
VI 2018 – „Senioralia” na AWF
25
II 2019 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3
9
V 2019 – w Klubie
15
V 2019 – w Kawiarni Międzypokoleniowej, Anielewicza 3
19
V 2019 – „Senioralia” na AWF
21
VI 2019 – Miejsce Aktywności Lokalnej, Marii Kazimiery 20
29
IX 2019 – Miejsce Aktywności Lokalnej, Zajączka 8
23
X 2019 – w Klubie Lekarza, Raszyńska 54
18
XI 2019 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3
……pandemia przerwała
próby do występów w 2020….
30
III 2023 – w Kawiarni Międzypokoleniowej, Anielewicza 3
20
IV 2023 – w Śródmiejskim Domu Kultury, Smolna 1/3
25
IV 2024 – w Klubie
29
I 2025 – w Mazowieckim Centrum Kultury, Elektoralna 12
24
IV 2025 – w Klubie
23
IV 2026 – „Stara Robota na przestrzeni dziejów” –
prezentacja naszych szlagierów,
w Klubie
Wielkie
słowa przebrzmią i odejdą
I
tylko szmer potoków w dolinach zostanie,
I
tylko będziesz, słysząc cichy młotka stukot
Szukał
swych dawnych śladów w granitowej ścianie.
Inną
wartość mieć będą kwitnące krokusy,
Pluszcz
beztrosko skaczący z kamienia na kamień,
I
sianem otulone ostrewki na łące,
I
szare pyłu pokrowce na liściach podbiału...
Tomasz
Wasilczuk
|


|